Coburg - The Enchantress

Artur Chachlowski, Coburg - The Enchantress

Ostatnio, przy okazji omawiania płyty „The House” Iaina Jenningsa, rozpisałem się o wyższości niektórych solowych projektów muzyków z kręgu progresywnego rocka w stosunku do płyt ich macierzystych zespołów. Dziś przed nami album, który jest zaprzeczeniem tej teorii. Tak naprawdę trudno jednak nazwać „The Enchantress” płytą solową. Firmowana jest jako Coburg (od nazwiska głównej wokalistki), ale dość istotną rolę odgrywa w nim keyboardzista grupy Galahad.

W obozie Galahad dzieje się ostatnio sporo. Do grupy powrócił jej były członek – Lee Abraham (zajął on miejsce opuszczone przez gitarzystę Roya Keywortha), trwają ostatnie szlify nagranego już materiału, który wypełni nowy studyjny album „Seas Of Change” (premiera 15 stycznia br.!), a keyboardzista Dean Baker wziął udział w nagraniu płyty „The Enchantress”. I, jako się rzekło, odegrał na niej niezwykle ważną rolę. Ważną, ale nie najważniejszą. Bo w roli głównej występuje tu Anastasia Coburg – prywatnie partnerka życiowa Deana. Anastasia śpiewa, gra na gitarach i w ogóle lśni na tej płycie od pierwszej do ostatniej minuty. W gronie muzyków jej towarzyszących, oprócz Bakera, znajdujemy też innego członka zespołu Galahad – Marka Spencera, a także Pietro Coburga na perkusji oraz Sarę Sanford na gitarze rytmicznej. W tym to damsko-męskim składzie zrealizowali pod szyldem Coburg album, którego program wypełnia dziesięć trwających łącznie blisko godzinę nagrań…

To dość przebojowa płyta, pełna fajnych melodii i mocnego rockowego grania, niekiedy zahaczającego (lecz tylko delikatnie) o rock gotycki. Anastasia obdarzona jest wyrazistym głosem, śpiewa pewnie, mocno, rockowo. Ani na moment nie próbuje jednak wchodzić na terytoria związane ze śpiewem operowym, i tym (pozytywnie) odróżnia się od wokalistek z innych współczesnych gotycko-rockowych zespołów. W muzyce Coburg słychać entuzjazm, czuć powiew świeżości, sporo tu dobrych, zagranych z wykopem utworów, a do najlepszych zaliczyć można  "A Cold Day In Hell”, epicko brzmiący „Warrior’s Blood”, zamykający płytę „Rise”, a także „Requiem”. Całość ma mroczny wydźwięk, o czym mogą świadczyć tytuły poszczególnych kompozycji („The Hall Of Ghosts”, „Into The Darkness”, „Requiem”, „Thy Dagger”, „A Cold Day In Hell”).

Podsumowując, niezły to album szczególnie dla fanów ładnych i ładnie śpiewających wokalistek, choć furory w naszym kraju raczej mu nie wróżę.

MLWZ album na 15-lecie
MojaFabryka.pl