Colin Tench Project - Minor Masterpiece

Artur Chachlowski, Colin Tench Project - Minor Masterpiece

To było smutne zakończenie roku… Choć początek tej historii w ogóle na to nie wskazywał. 20 grudnia, w trakcie prowadzonej przeze mnie na żywo audycji Mały Leksykon Wielkich Zespołów, skontaktował się ze mną Colin Tench pisząc na Messengerze, że doskonale pamięta małoleksykonową recenzję swojej poprzedniej płyty „Hair In A G-String” (2016) i chętnie podeśle mi download link z jego najnowszym albumem „Minor Masterpiece”. Jeszcze tego samego wieczoru słuchałem już nowej muzyki Colina, która w formie cyfrowego downloadu miała ukazać się oficjalnie 24 grudnia (premiera płyty CD planowana jest dopiero na 30 stycznia 2018r.).

W okresie świąteczno-noworocznym często słuchałem tego albumu, zdążyłem już go dobrze poznać i polubić i przymierzałem się nawet do napisania recenzji, aż tu nagle, dzień przed Sylwestrem dotarła do mnie wiadomość, że Colin Tench nie żyje. Zmarł poprzedniej nocy, podobno z przyczyn naturalnych, w wieku 63 lat. Nie można sobie wyobrazić smutniejszego zakończenia 2017 roku…

Wobec śmierci autora płyty „Minor Masterpiece” sama muzyczna zawartość jego „Małego arcydzieła” wydaje się sprawą drugoplanową. Jedno jest pewne, na tej wypełnionej naprawdę dobrą muzyką płycie mamy do czynienia z licznymi charakterystycznymi dla twórczości Colina Tencha pierwiastkami. Począwszy od sporej dawki dobrego humoru (sam tytuł płyty jest na to najlepszym dowodem, ale jest więcej tego przykładów, jak m.in. utwór „Squeaky Door Time” („Czas skrzypiących drzwi”), w którym pojawiają się dźwięki… skrzypiących drzwi), poprzez liczne muzyczne cytaty przewijające się w poszczególnych utworach, pisane z przymrużeniem oka teksty (jak chociażby ten o pani premier Theresie May w „See How She Runs” czy też krytyczne nawiązanie do formuły X-Factora w „Your Song Is A Nightmare”), liczne chwytliwe piosenki, bogate aranżacje, często orkiestrowe (doskonała robota Gordo Bennetta), akustyczne miniaturki w formie muzycznych łączników, ukryty bonus track, aż po personalny zestaw towarzyszących Colinowi muzyków. Znajdujemy w tym gronie m.in. doskonale nam znanego Petera Jonesa, basistę grupy Corvus Stone, Petri Lindtsröma, perkusistę Joe Vitale czy też drugiego (obok Jonesa) wokalistę – Joeya Lugassy’ego.

No i może jeszcze jedna uwaga: album „Minor Masterpiece” to rzecz – jak zawsze w przypadku Colina Tencha - dość eklektyczna: słyszymy tu wszystko, od klasycznych piosenek począwszy, poprzez latino i zagrane z orkiestrowym rozmachem instrumentale, po utwory w stylu Santany („Gran Finale”) i The Beatles („Welcome To Your World”), a także po rzeczy na wskroś progresywne i rockowe.

Odsłuchując bardzo często muzykę z płyty „Minor Masterpiece” do głowy przychodzi myśl, która kiełkowała już od dawna: Colin Tench był muzykiem o nieograniczonych horyzontach i przeogromnej wyobraźni. Był prawdziwym muzycznym wizjonerem. Na koniec swojej ziemskiej drogi nagrał płytę, przy słuchaniu której na twarzy pojawia się uśmiech zadowolenia. Z wiadomych względów towarzyszy mu łezka kręcąca się w kąciku oka. Mam wrażenie, że ilekroć słucham albumu „Minor Masterpiece”, Colin przez cały czas towarzyszy mi unosząc się w górze na skrzydłach aniołów…

MLWZ album na 15-lecie