Mulder, Eddie - In A Lifetime

Artur Chachlowski, Mulder, Eddie - In A Lifetime

„In A Lifetime” – to tytuł nowego albumu holenderskiego gitarzysty i basisty, znanego z gry w cenionych progrockowych formacjach Flamborough Head, Trion i Leap Day, Eddie Muldera. Na wypełnionej wyłącznie instrumentalną muzyką, opartą na brzmieniach elektrycznych i akustycznych gitar, płycie towarzyszą mu liczni przyjaciele: Margriet Boomsma (flety), Edo Spanninga, Gert van Engelenburg i Willem Friso Wielenga (wszyscy instrumenty klawiszowe), Albert Schoonbeek (perkusja), Peter Stel (gitara basowa) oraz Henk Stel (glockenspiel).

Jest to już trzeci album w solowym dorobku gitarzysty – po „Dreamcatcher” (2015) oraz „Horizons” (2016). I podobnie jak tamte dwa zawiera spokojną, kontemplacyjną muzykę, w sam raz na długie zimowe wieczory. Słuchacze znający dotychczasowy katalog tego holenderskiego muzyka, gdy sięgną po „In A Lifetime”, nie będą niczym zaskoczeni. Na delikatnych osnowach innych instrumentów Mulder maluje swoimi gitarowymi dźwiękami plastyczne muzyczne obrazy. Najczęściej krótkie i zwięzłe, utrzymane w lirycznym nastroju. Jest ich 11, prawie wszystkie to krótkie i bardzo krótkie (jak kończące płytę nagranie „Meeting Tommy”), trwające po około trzy minuty utwory. Jest w tym gronie jedna kompozycja, która jest inna niż pozostałe. To trwające aż 17 minut nagranie tytułowe. Czegoś takiego w solowym dorobku Eddie Muldera jeszcze nie było. To rozbudowane akustyczne dzieło łączące w sobie progresywny rock i irlandzki folk. Nie wiem jednak czy dzięki tej płycie dowiedziałem się czegoś nowego o Mulderze jako muzyku. Chyba tylko tyle, że ostatnio sporo komponuje i zamiast do szuflady, zabiera swoje utwory do studia (a właściwie do kilku, bo album „In A Lifetime” został nagrany w kilku miejscach) i co roku wydaje je na swoich kolejnych albumach.

Nie powiem, żeby nowa płyta Muldera jakoś szczególnie mnie zachwyciła. 50 minut, które się z nią spędza nie spowodowały u mnie jakiegoś przyśpieszonego bicia serca. Całość, choć zawiera pewne subtelne symfoniczne, a nawet jazzujące elementy, zlewa się w jedną całość, która w sumie dość podobna jest do muzyki z poprzednich krążków Muldera. I chyba najlepiej sprawdza się jako muzyczny podkład bezproblemowo szemrzący gdzieś w tle.

MLWZ album na 15-lecie