Kayak - Seventeen

Artur Chachlowski, Kayak - Seventeen

Siedemnasty studyjny album w 45-letniej historii grupy Kayak to może nie jakiś szczególnie nadzwyczajny wynik, ale warto pamiętać, że zespół ten praktycznie w ogóle nie funkcjonował przez dwie dekady lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Ale nie ma chyba sensu w tym miejscu przypominać szczegółów historii tej niezwykle zasłużonej dla holenderskiego rocka grupy, tym bardziej, że na naszych łamach wielokrotnie, przy okazji omawiania poprzednich płyt, pisaliśmy o krętych losach tej formacji.

W największym skrócie postarajmy się wymienić kilka najważniejszych cech, których dorobiła się muzyka prezentowana przez grupę Kayak na poprzednich płytach. Otóż zawsze stała ona na pograniczu pop rocka i rocka symfonicznego, starając się w swojej twórczości łączyć elementy obu tych gatunków. Raz wychodziło to lepiej, raz gorzej, ale ten stylistyczny mariaż przewijał się praktycznie przez całą historię zespołu. Kayak zawsze chętnie sięgał po dłuższe formy muzyczne, czy to w postaci suit czy też koncept albumów przedstawiających losy baśniowych, historycznych lub mitycznych bohaterów: Merlina (dwukrotnie), Kleopatry czy Nostradamusa. No i może rzecz najważniejsza: centralną postacią w zespole i głównym kompozytorem był zawsze Ton Scherpenzeel – klawiszowiec znany z działalności w grupie Camel. Jego wieloletnia znajomość z liderem popularnego Wielbłąda, Andy Latimerem, nie jeden raz owocowała udziałem słynnego gitarzysty na płytach zespołu Kayak. Tak właśnie jest też na najnowszej płycie „Seventeen”, na której usłyszeć można przepiękne solo wykonane przez Latimera w instrumentalnym utworze „Ripples On The Water”. Zresztą zagranych „pod Latimera” solówek i partii gitarowych jest na tym albumie znacznie więcej. Wystarczy posłuchać utworów „Falling”, „Walk Through The Fire” czy całego mnóstwa innych kompozycji, w których rozlegają się soczyste, barwne i smakowite partie gitar. To zasługa Marcela Singora – nowego gitarzysty na pokładzie Kayaku. Nawiasem mówiąc, lider zespołu dokonał na tej płycie prawdziwej rewolucji personalnej w składzie, nie pozostawiając w nim żadnego z muzyków biorących udział w nagraniach poprzednich płyt.

Tak więc, na „Seventeen” mamy do czynienia z całkowicie nowym Kayakiem, ale co ważne - wciąż grającym w charakterystyczny dla siebie, łatwo rozpoznawalny sposób, w którym rock progresywny łączy się z melodyjnym popem, a mnogość efektownych partii instrumentalnych, bogate aranżacje oraz smakowite partie wokalne (nowy człowiek za mikrofonem, Bert Schwertmann, obdarzony jest ciekawym głosem, nie tak bardzo różniącym się od wieloletniego frontmana Edwarda Reekersa) budzą najwyższe uznanie.

Pośród dwunastu utworów zamieszczonych na płycie „Seventeen” znajdujemy trzy o epickich, około dziesięciominutowych rozmiarach. Wspomniany już „Walk Through The Fire” to pełna dramaturgii i wykonawczej finezji kompozycja o rozmachu podobnym starszym „symfonicznym” kompozycjom zespołu. „Cracks” to nieco bardziej konwencjonalna rockowa epika. Ale na największe uznanie zasługuje fantastyczne nagranie „La Peregrina”. To przyszły klasyk, a zarazem jeden z najwspanialszych utworów w całym przebogatym dorobku grupy Kayak.

W pozostałych, z reguły trzyminutowych, utworach znaleźć możemy to wszystko, z czego Kayak słynął od zawsze, a więc świetne melodie, elementy folku („Love, Sail Away”), chwytające za serce ballady („To An End”, „Falling”, „X Marks The Spot”) oraz mnóstwo rockowego ognia („God On Our Side”, „Feathers And Tar” i przede wszystkim otwierający płytę „Somebody”). Jest w tym gronie co najmniej jedna autentyczna perła w postaci obdarzonego niesamowicie chwytliwym refrenem nagrania „All I Want”, co w sumie każe myśleć o „Seventeen” jako o jednym z najlepszych płytowych osiągnięć tego holenderskiego zespołu w całej jego 45-letniej historii. Takim Kayakiem można przepłynąć nawet największe oceany.

MLWZ album na 15-lecie