Perfect Beings - Vier

Artur Chachlowski, Perfect Beings - Vier

Założony w 2012 roku w Los Angeles przez gitarzystę Johannesa Luleya (ex-Moth Velum) zespół Perfect Beings zdążył już zaistnieć w świecie progresywnego rocka dzięki swoim dwóm pierwszym płytom: „I” z 2014r. oraz „II” z 2015. Obie wypełnione były zachwycająco chwytliwymi, a przy tym wielowymiarowymi wokalnymi aranżacjami (odpowiada za nie świetny wokalista Ryan Hurtgen) oraz wspaniałą mieszanką nowoczesnej elegancji i wyrafinowanego brzmienia retro, na które złożyły się liczne wpływy muzyki Yes, Pink Floyd, Soft Machine czy Petera Gabriela.  Obie te płyty przypominały dwie dopełniające się wzajemnie połówki, pasujące do siebie niczym kawałki jing i jang, stąd ich bardzo podobne tytuły oraz okładki.

Wydany w styczniu br. przez renomowaną wytwórnię InsideOut Records trzeci album Perfect Beings jest już jednak trochę inny. Po pierwsze zaskakuje tytuł. Zatytułowany z niemiecka „Vier” wskazuje, że to album nr 4 w dorobku zespołu. W istocie jest inaczej. Inaczej jest też w pod względem formalnej budowy płyty. Podczas gdy elementy znanego wcześniej dojrzałego brzmienia wciąż są obecne w produkcjach Perfect Beings, to nowa, trwająca aż pięć kwadransów porcja muzyki podzielona została na cztery długie sekwencje (stąd tytuł płyty). Jest przy tym o wiele bardziej marzycielska, bardziej niekonwencjonalna, ze zwiększonym finezyjnym wykorzystaniem instrumentów dętych, które wnoszą sporo energii i nadają współczesnego klimatu klasycznemu, jazzrockowemu brzmieniu grupy. Album „Vier” jest świetnym przykładem tego jak odważnie można łączyć różne techniki i gatunki w ramach określonej poprzednimi płytami muzycznej tożsamości zespołu (mam na myśli m.in. nowatorskie metrum, awangardowe teksty oraz epicki mistycyzm symfonicznego brzmienia), aby uzyskać zaskakujący efekt muzycznej synergii. Co istotne, zespół Perfect Beings nie dokonuje na „Vier” żadnych rewolucji, a liczne nowe elementy brzmienia są wprowadzone na tym krążku drogą subtelnej zmiany, dodajmy: zmiany na dobre. To naturalna ewolucja. Trzeba więc się nią cieszyć, podobnie jak i ambicją, odwagą i wytrwałością w dążeniu do założonego celu. Tej determinacji w grze grupy Perfect Beings na płycie „Vier” nie brakuje.

Już pierwsza z czterech suit, zatytułowana "Guedra", pokazuje czego możemy się po płycie „Vier” spodziewać. Całość rozpoczyna się od efektownych wielopiętrowych harmonii wokalnych, które wraz z osobliwymi wstawkami perkusyjnymi i basowymi potrafią wręcz hipnotyzować słuchacza. Wkrótce pojawia się solo na rożku angielskim, chwilę potem słyszymy pomysłowe synkopowanie i gitarowe riffy, pojawia się niesamowity klimat dźwiękowy... To bardzo wciągające i błyskotliwe otwarcie tego albumu.

Jako druga pojawia się kompozycja "The Golden Arc". To nieco bardziej wyciszony, a zarazem najbardziej udziwniony fragment tego wydawnictwa. W powietrzu unosi się duch muzyki wczesnego King Crimson (tak z okolic „Islands”), pojawia się też jazzrockowe łamańce w stylu Mahavishnu Orchestra. W efekcie „The Golden Arc” to pełna kontrastów, zapierająca dech w piersiach, prawdziwie ekscytująca muzyczna jazda bez trzymanki.

Kolejna suita, "Vibrational", jest moim ulubionym fragmentem albumu „Vier”. Naznaczona wirującymi dźwiękami kościelnych organów i monumentalnymi gongami, finezyjnymi partiami gitar i fenomenalnych syntezatorów ma w sobie nieprzebrane pokłady epickiego patosu, zatopionego w brzmieniu klasycznego Genesis, Procol Harum oraz Yes. Mnóstwo pozytywnych emocji towarzyszy każdemu odsłuchowi tej wspaniałej i niesamowicie różnorodnej kompozycji.

Gdy wybrzmią już ostatnie dźwięki kończącego ją fragmentu „Insomnia”, rozpoczyna się dominacja klasycznego symfoniczno-rockowego brzmienia, które dominować już będzie w całym ostatnim elemencie tego albumu – suicie „Annunaki”. Zespół Perfect Beings po mistrzowsku zagospodarowuje w niej liczne pierwiastki, które definiują progrockowy gatunek. Czy to szaloną muzyczną improwizację, którą słyszymy w instrumentalnym temacie "Lord Wind", czy tętniącą życiem pieśń "Patterns Of Light", czy ujmujący soniczny majestat w „A Compromise”, czy też złożony, wielowarstwowy punkt kulminacyjny zainicjowany w „Hissing The Wave Of The Dragon” i nabierający prawdziwych rumieńców w efektownym finale zatytułowanym „Everything’s Falling Apart” – dzięki każdemu z tych fragmentów nie ma żadnych wątpliwości, że mamy do czynienia z dziełem wybitnym i pod każdym względem inspirującym.

„Vier” to fascynująca płyta. Bardzo dużo się na niej dzieje i każde kolejne przesłuchanie przynosi coś nowego. Jest jak nowe otwarcie muzycznej szuflady, z której ulatuje lawina coraz to nowych dźwięków. Cały album posiada zdumiewającą różnorodność brzmieniową, a przy tym w oszałamiający sposób rozszerza dotychczasową formułę muzyki grupy Perfect Beings. Innymi słowy, istnieje wyraźny powód, dla którego nie zatytułowano tej płyty „Perfect Beings III”, gdyż długimi chwilami wydaje się, że jest to album zupełnie innego zespołu. Jeszcze bardziej dojrzałego, jeszcze bardziej swobodnie poruszającego się po progresywno-rockowych terytoriach i jeszcze bardziej pewnego swoich możliwości. Nie znaczy to, że w dyskografii zespołu jest ona nie na miejscu (poniekąd jest, skoro w jej tytule jest… ‘czwórka’). Zespół zrobił nią ogromny krok do przodu i w porównaniu z dwoma poprzednimi, skądinąd niezłymi, albumami zasypał swoich fanów lawiną wspaniałych melodii, dźwiękowych faktur, mieszanką różnorodnych stylów i niezliczonych brawurowych pomysłów. W rezultacie „Vier” jest najbardziej urzekającą, chwilami wzruszającą, chwilami elektryzującą, pozycją w dorobku Perfect Beings. Jeżeli zaś chodzi o dwa pierwsze miesiące tego roku, to obok galahadowego „Seas Of Chage” i „Siedemnastki” grupy Kayak, album „Vier” wskoczył do mojej prywatnej czołówki ulubionych płyt początku 2018 roku.
Odnoszę wrażenie, że wskoczył na dłużej…

MLWZ album na 15-lecie