Tonochrome - A Map In Fragments

Artur Chachlowski, Tonochrome - A Map In Fragments

Nowy Rok rozpoczęty. I od razu sypnęło nowościami. 2 lutego miała miejsce premiera albumu „A Map In Fragments”. To płytowy debiut pochodzącej z Londynu grupy o nazwie Tonochrome, która wpisując się w szeroko rozumiane ramy progresywnego rocka obficie czerpie z jazzu, popu, rocka i grunge. Używa do tego bardziej rozbudowanego w stosunku do typowo rockowego instrumentarium: na płycie często pojawiają się m.in. instrumenty smyczkowe, trąbki, rożki angielskie i oboje.

Centralną postacią w Tonochrome jest wokalista i współautor muzyki (wraz z używającym niezwykle ciekawych technik gry gitarzystą Charlie Cawoodem) Andres Razzini, który w bardzo trafny sposób opisuje charakter komponowanych przez siebie utworów: „Jeżeli cała twoja muzyka nie pasuje do jednego pudełka, znalezienie miejsca dla tworzących ją fragmencików nie jest wcale prostą sprawą. Na szczęście dzięki wytwórni Bad Elephant mieliśmy sporo swobody twórczej i nikt nie oczekiwał od nas dopasowania stylistycznego do określonego stylu czy gatunku. Dzięki temu nasz eklektyzm brzmieniowy został zachowany, a nawet stał się naszym ewidentnym wyróżnikiem”.

Z tym eklektyzmem to bym jednak nie przesadzał. Album „A Map In Fragments” brzmi moim zdaniem na tyle homogenicznie, że można śmiało określić go wydawnictwem spójnym i utrzymanym w jednorodnym melancholijno-eterycznym klimacie. Muzykę, którą na nim słyszymy określiłbym mianem nowoczesnego glam popu z domieszką delikatnego prog rocka. Zresztą trudno tego rodzaju produkcje w ogóle opisywać słowami. Żeby poznać tworzoną przez Tonochrome muzykę, żeby jej zaznać i doświadczyć, trzeba koniecznie posłuchać. Dlatego doradzam rozglądnięcie się za tym wydawnictwem (ukazuje się ono nakładem wytwórni Bad Elephant Music) i samodzielne zmierzenie się z tymi intrygująco i oryginalnie brzmiącymi utworami. A jest ich na tej płycie aż dwanaście, z tym, że większość z nich zmiksowana jest razem lub też porozdzielana jest kolejnymi interludiami (w sumie są trzy takie interludia). Najciekawiej wypada sam początek płyty złożony z ciągu utworów „The Ridge / „Interludium 1” / „Border Crossing” oraz finał albumu w postaci „The Gates” / „Missing Piece”, ale zaintrygować może też wszystko, co znajdziemy pośrodku (m.in. świetny oniryczny temat „Humbled And Broken”).

MLWZ album na 15-lecie