Floyd, Roger - No Service

Artur Chachlowski, Floyd, Roger - No Service

Co by było, gdyby dziś zespół Pink Floyd wciąż regularnie tworzył albumy koncepcyjne? Oto pytanie, które często zadawał sobie pochodzący z kanadyjskiego Ontario muzyk ukrywający się pod pseudonimem (?) Roger Floyd. Właściwie to nie wiem czy to pseudonim czy prawdziwe imię i nazwisko, ale przyznacie sami, że ktoś kto się tak nazywa i w dodatku jeszcze tak totalnie zakręcony na puncie muzyki Pink Floyd, to za dużo naraz. Podejrzana sprawa. A spytacie, dlaczego zakręcony? Już wyjaśniam.

„Zastanawiałem się, czy gdy słuchacze młodszego pokolenia uważnie słuchali zegarów dzwoniących na początku "Time", czy wiedzieli, co to za dźwięk? Zegary naszych dziadków i praktycznie każdy inny niecyfrowy zegar dawno odeszły już do lamusa. Dlatego zastanawiam się czy współcześnie skomponowany „Time” miałaby na początku wyłącznie elektroniczne dzwonki?” – takie pytania stawiał sobie Roger Floyd, a odpowiedzią na nie jest niniejszy album.

Roger skomponował powiązane ze sobą utwory, w których tematem przewodnim jest cyfrowy świat, w którym żyjemy. Zaczął zastanawiać się w jaki sposób technologia zmieniła nasze życie i relacje łączące ludzi. Zauważył, co zresztą pewnie doświadczył każdy z nas, że znajomi, przyjaciele i pary umieszczają między sobą urządzenia elektroniczne z komunikatorami, jakby szykowali sobie strategię unikania prawdziwego werbalnego dialogu. W jego głowie zrodził się więc pomysł, aby napisać historię rozpadającego się małżeństwa, które zniszczyła współczesna technologia.

Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież inni współcześni twórcy dostrzegając ten sam problem coraz częściej poświęcają temu tematowi swoje dzieła. Doskonałym tego przykładem może być na przykład świetny film „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” Paolo Genovese z 2016 roku. Tak czy inaczej, Roger Floyd nagrał poświęcony temu zagadnieniu swój koncept album i nadał mu tytuł „No Service”. Wypełniająca go muzyka brzmi niemal identycznie jak klasyczny Pink Floyd. Pewne pinkfloydowe pomysły i patenty przeniesione zostały do muzyki Rogera na zasadzie ‘kopiuj wklej’. I to do tego stopnia, że dla poszczególnych utworów wypełniających płytę „No Service” z łatwością można znaleźć ich muzyczne pierwowzory. Przecież taki „Me, My Selfies And I” to nic innego jak odpowiednik „Comfortably Numb”, „The Ballad of Mark Zuckerberg to wypisz wymaluj „Another Brick In the Wall”, utwór „Got A Text” to „Mother”, „Bot And Paid For” to nic innego jak „Run Like Hell”, „Does Anybody Have Wifi” to pamiętne „Is There Anybody Out There”/”Nobody Home”, a odpowiednio otwierające („Zeros And Ones”) oraz zamykające („Ones And Zeros”) płytę tematy to obie części „Pigs On The Wing”.

Sam nie wiem co myśleć o tym albumie. Czy to żart czy pastisz? A może raczej parodia? Nie wiem też co tak naprawdę przyświecało Rogerowi w trakcie jego nagrywania? Czy chciał oddać uczciwy hołd zespołowi Gilmoura i Watersa czy udowodnić, że dziś też można (i to w pojedynkę w domowym studiu z niewielką pomocą dwóch śpiewających chórki pań Diany Planche i Lyry Howell) nagrywać utwory utrzymane w podobnym stylu jak wielkie klasyki gatunku sprzed 40 lat? A może płyta „No Service” jest po prostu wytworem jego wyostrzonego zmysłu obserwacji i celną próbą podejścia do tematu utraty kontroli nad technologią, co staje się coraz większym problemem dla społeczeństwa? Tylko dlaczego z muzyką tak bliźniaczo podobną do klasycznych nagrań Pink Floyd? Dobrze chociaż, że Roger Floyd zrobił to stylowo, klimatycznie i z prawdziwym smakiem.

MLWZ album na 15-lecie