Grice - The Grey Of Granite Stone EP

Artur Chachlowski, Grice - The Grey Of Granite Stone EP

Brytyjski piosenkarz i autor tekstów Grice po wydaniu dwóch albumów („Propeller” z 2013 oraz „Alexandrine” z 2015 roku) przypomina się nową, pięcioutworową EP-ką, która zawiera 20-minutową dawkę muzyki utrzymanej w unikalnej odmianie art rocka. Unikalnej, bo nacechowanej wpływami innych gatunków. Jakich? O tym za chwilę. W każdym razie dość powiedzieć, że propozycje Grice’a to muzyka pełna prawdziwej magii, z nieoczywistymi rozwiązaniami melodycznymi z ciekawym brzmieniem akustycznych i elektronicznych instrumentów. Prawdziwą wisienką na torcie tego wszystkiego jest bardzo przyjemny śpiew oraz niesamowite harmonie wokalne.

Grice ma talent do pisania melodyjnych, szybko zapadających w pamięć piosenek. Ale w skomponowanych przez siebie utworach nie idzie on na łatwiznę. Nie ogranicza się do ładnych, wpadających w ucho melodii. Sięga zdecydowanie głębiej. Wprowadza w nie pewien stopień złożoności i skomplikowania, co sprawia, że ​​jego muzyka jest tak bardzo intrygująca. Na EP-ce „The Grey Of Granite Stone”, której okładka w pewnym stopniu nawiązuje do płyty „Monochrome” Daniela Cavanagha i – podkreślmy to od razu - nie jest to jedyne podobieństwo pomiędzy tymi wydawnictwami, znajdujemy 5 kompozycji, z których trzy o wybitnie piosenkowym charakterze – „Change My World”, „Spirit Level” i „Miss Your Love” – przesycone są introspekcyjnym klimatem, całkiem bliskim tego co na swoich solowych płytach prezentuje ostatnio np. Tim Bowness czy przed laty Tears For Fears. Znaleźć w nich można odrobinę synth popu, ciutkę post rocka, ździebko ambientu (szczególnie w zamykającym program EP-ki instrumentalu „Glass Seance”) oraz eksperymentalnej alternatywy (posłuchajcie „Cry”, w którym gościnnie pojawia się sam Richard Barbieri!), a kategoria w której umieściłbym produkcje Grice’a to nic innego, jak wysublimowany art pop. Na tyle bliski mainstreamowi, że może z łatwością być zaakceptowany przez szeroką publiczność i komercyjne radiostacje, a przy tym wystarczająco ambitny, by wzbudzić zainteresowanie bardziej wymagającego słuchacza.

Trochę krótka to EP-ka, szkoda że w nasze ręce nie trafił pełnowymiarowy album wypełniony tak dobrą muzyką. Ale trzeba mieć nadzieję, że już niedługo Grice po raz kolejny zaskoczy nas czymś równie pięknym i magicznym.

MLWZ album na 15-lecie