Kino - Radio Voltaire

Artur Chachlowski, Kino - Radio Voltaire

Minęło dokładnie trzynaście lat od poprzedniej płyty grupy Kino. Pamiętam, to był wspaniały czas, nadspodziewanie dobra muzyka z płyty „Picture” rozgrzewała mój późnozimowy czas 2005 roku. I to rozgrzewała tak skutecznie, że wraz z nadchodzącą wiosną, a później latem i jesienią, praktycznie nie rozstawałem się z tym albumem, co w efekcie uczyniło zeń moją ulubioną płytą AD 2005. Myślałem już, że był to jednorazowy projekt, a napięte grafiki muzyków tworzących tę formację skutecznie uniemożliwią ponowną wspólną pracę nad nowym materiałem, tymczasem na 23 marca br. zapowiadana jest premiera nowego albumu Kino zatytułowanego „Radio Voltaire”.

„Kiedy pracowałem nad muzyką, pewien fragment skojarzył mi się z Cabaret Voltaire, ten zespół działał w latach 70… W tamtym czasie, szukając pomysłów na teksty, w wolnych chwilach czytałem o osiemnastowiecznym francuskim filozofie i tak się to splotło w jedną całość” – tak genezę tytułu płyty wyjaśnia w wywiadzie dla polskiego Metal Hammera jeden z filarów Kino, gitarzysta i wokalista John Mitchell, którego wszyscy doskonale znamy m.in. z grup Arena, It Bites, Frost* czy Lonely Robot. Mitchell dodaje: „Kiedy nagrałem ostatnią płytę Lonely Robot, zacząłem się zastanawiać co dalej. W rozmowie z wytwórnią sugerowałem nawet, że zacznę pracę nad nową płytą Robota, ale w końcu stwierdziliśmy, że to za wcześnie. Po kilku tygodniach pracy w samotności, zatęskniłem za graniem z ludźmi. Po koncercie Marillion w Royal Albert Hall, spotkałem się z Petem Trewavasem i wstępnie zaczęliśmy ustalać szczegóły naszego przedsięwzięcia. Okazało się, że Pete ma jakieś pomysły. Ja też miałem kilka szkiców i od tego wszystko się zaczęło. Najtrudniejsze w tym było znalezienie czasu, żeby się spotkać. Stąd też zabraliśmy się za tę płytę dopiero po trzynastu latach”.

No bo trzeba wiedzieć, choć znawcy tematu wiedzą to doskonale, że Pete Trewavas to drugi z filarów grupy Kino. Trzecim jest keyboardzista grupy It Bites, który jednak tym razem nie uczestniczył w procesie twórczym, a wykonał jedynie partie instrumentów klawiszowych. Zaś ten czwarty to cieszący się ostatnio sporym wzięciem perkusista Craig Blundell (grał m.in. na ostatniej studyjnej płycie Pendragonu „Men Who Climb Mountains”, a ostatnio słyszeliśmy go m.in. w zespole Stevena Wilsona). Zastąpił on mającego inne zobowiązania Chrisa Maitlanda i w ten sposób kwartet Kino, który nadal śmiało można nazwać supergrupą nagrał wreszcie swój album nr 2.

Album „Radio Voltaire” to kolejne bardzo udane dzieło zespołu Kino. Choć muszę przyznać, że w moim przypadku nie towarzyszą mu już takie emocje, jak było to w przypadku „Picture”. Nie wiem, może to kwestia upływającego czasu, może faktu, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, być może wreszcie, to „zasługa” nieco słabszych kompozycji. Słabszych niż na „Picture”, choć – chcę to stanowczo podkreślić – obiektywnie wcale nie takich złych. Jedenaście stosunkowo krótkich, bo rzadko wykraczających poza pięciominutowy format, utworów wypełniających program nowego albumu podzieliłbym na trzy kategorie. Bardzo dobrych jest co najmniej 4: otwierające płytę nagranie tytułowe, prześliczna ballada „Idlewild” oraz dwa umieszczone pod koniec albumu i zarazem pełne ciekawych partii instrumentalnych: „Keep The Faith” oraz „The Silent Fighter Pilot”. Tych całkiem niezłych jest też co najmniej kilka: najbardziej eksperymentalny w tym gronie (liczne elementy orkiestracji, solo na basie, ciekawe rozwiązania harmoniczne) „Out Of Time”, urocza, niespełna dwuminutowa, miniaturka „Warmth Of The Sun” oraz barokowy w swojej sferze instrumentalnej „Temple Tudor”. Reszta to utwory z gatunku przeciętnych. Owszem, zgrabnych, przyjemnych, ale też często wpadających jednym, a wypadających drugim uchem.

Podsumowując, w postaci „Radio Voltaire” otrzymujemy na szczęście całkiem niezły album. Być może nie aż tak dobry, by stał się on moim faworytem do miana albumu 2018 roku, ale słucha się go z dużą przyjemnością. Pamiętajmy, że celem muzyków tworzących Kino nie było dokonanie jakiegoś spektakularnego przełomu czy epokowego odkrycia w muzyce progresywnej, z którą są oni zazwyczaj kojarzeni. „Radio Voltaire” to raczej kolekcja poprockowych i melodyjnych piosenek, które szybko zapadają w pamięć i przy których czas mija w dość miły sposób. Do głowy przychodzi mi pewne porównanie, które myślę, że całkiem dobrze oddaje charakter tej płyty. Otóż, „Radio Voltaire” na tle innych ambitnych współczesnych produkcji progrockowych umiejscawia się podobnej perspektywie jak płyty grupy Mike & The Mechanics na tle dorobku grupy Genesis. Ot, takie porównanie. Może dobre, może złe. Ale album naprawdę niezły.   

MLWZ album na 15-lecie