Frequency Drift - Letters To Maro

Artur Chachlowski, Frequency Drift - Letters To Maro

Losy grupy Frequency Drift śledzimy na łamach MLWZ praktycznie od początku jej istnienia. Na naszej stronie można zaleźć recenzje kilku jej ostatnich albumów. I gdy przeczytamy ostatnią z nich, będącą omówieniem wydanej dwa lata temu płyty „Last”, dowiemy się z niej praktycznie wszystkiego o muzyce tego pochodzącego z niemieckiego Bayreuth zespołu: o tym, że upodobali sobie spokojne, stylowe klimaty wypełnione plastycznymi i bardzo ‘kinematycznymi’ dźwiękami, że można ich nazwać prekursorami ‘filmowego’ odłamu art rocka, że z upodobaniem korzystają z rzadko używanych już dzisiaj instrumentów, jak melotrony, elektroniczna harfa, etc. i że za sukcesy zespołu odpowiada kompozytorski duet Andreas Hack – Nerissa Schwartz.

Na nowej, wydanej w połowie kwietnia przez wytwórnię Gentle Art Of Music, płycie zatytułowanej „Letters To Maro” jest jednak jedna, a właściwie dwie istotne zmiany. Pierwsza z nich to radykalne zwiększenie roli instrumentów klawiszowych kosztem gitar. A druga, o wiele ważniejsza, to fakt, iż obowiązki głównej wokalistki przejęła obdarzona niesamowitym głosem pani Irini Alexa. Jest ona nowym nabytkiem w zespole i trzeba przyznać, że stanowi dla Frequency Drift ogromną wartość dodaną. Jej czysty i mocny głos przypomina mi Agnethę Fältskog, a także Madonnę, a jej aktorskie umiejętności interpretacyjne sprawiają, że to właśnie ona i jej fascynujący sposób ekspresji niespodziewanie znalazły się na „Letters To Maro” w centrum uwagi. Jest ona prawdziwą gwiazdą tej płyty.

Album „Letters To Maro” oferuje wspaniałą przejażdżkę filmowym rollercoasterem: melancholia miesza się tu z energetycznym graniem, lekkość brzmienia z rytmicznym wyrachowaniem, wyciszone momenty liryki z potężnym brzmieniem, a chwytliwe linie wokalne z innowacyjnymi rozwiązaniami instrumentalnymi. Poszczególne utwory mają postać luźno powiązanych ze sobą listów, w których opowiadana jest historia osoby, dochodzącej do wniosku, że nawet powrót do młodości, kult hedonizmu i dążenie do normalności nie może zatrzeć w pamięci wszystkich strat i ofiar poniesionych w życiu. Jednym słowem to płyta o tym, co nieuchronnie przeminęło. Każdy kolejny utwór na tym albumie (a jest ich 11 i trwają one łącznie godzinę z sekundami) jest piękną muzyczną podróżą przez krainę cudownych dźwięków. Frequency Drift udowadnia, że posiada niezwykły dar tworzenia pomysłowych partii instrumentalnych połączonych z ciekawymi liniami melodycznymi.

Niezwykle trudno jest wskazać na „Letters To Maro” jednego muzycznego faworyta. Bo album jest bardzo równy i stanowi zamkniętą całość. Najbardziej może podobać się otwierające płytę nagranie „Dear Maro”, bardzo chwytliwy refren posiada „Electricity”, świetny jest „Escalator”, w którym do głosu dochodzi elektronika oraz najdłuższy (prawie 10 minut) i chyba najwspanialej zinterpretowany przez Irini „Who’s Master?”

Fascynujący jest sposób, w jaki zespół Frequency Drift potrafi opracować unikalne brzmienie dla każdego swojego albumu. Tym razem zespół postawił na bardzo homogeniczne aranżacje i użycie niekonwencjonalnych instrumentów: zwracam szczególną uwagę na elektroniczną harfę, którą słychać w praktycznie każdym utworze. W ten sposób grupa Frequency Drift brzmi jeszcze bardziej przejrzyście i lekko, no i udanie wprowadza w swe brzmienie przestrzeń ze świeżym powietrzem, którym oddycha się z prawdziwą przyjemnością. Zespół Frequency Drift nigdy nie brzmiał bardziej klarownie i nigdy w jego muzyce nie było tyle serca, co na „Letters To Maro” właśnie…

MLWZ album na 15-lecie