TesseracT - Sonder

Artur Chachlowski, TesseracT - Sonder

„Sonder” jest już czwartym studyjnym albumem w dorobku brytyjskiej grupy TesseracT. A zarazem pierwszym, którym zajmujemy się na naszych małoleksykonowych lamach. Dlaczego przez kilka minionych lat omijaliśmy ten zespół szerokim łukiem? Tego nie wiem. Wiem jednak, że dobrze się stało, że niedawno zostałem namówiony do zapoznania się z najnowszym wydawnictwem tego zespołu, którego premiera miała miejsce kilka dni temu, 20 kwietnia br.

Wysoka jakość muzyki grupy TesseracT jest słyszalna już od samego początku, od pierwszych dźwięków otwierającego płytę utworu „Luminary”. Nie musiałem czekać do końca tej notabene niezbyt długiej płyty (niespełna 37 minut), by mieć pewność, że to bardzo utalentowana grupa o unikatowym brzmieniu. Momenty atmosferyczne przeplatają się tu z gęstymi i ciężkimi ścianami dźwięków. Gdzieniegdzie odzywa się też duch muzyki funk (jak chociażby w „Juno”). Ale właściwie to naprawdę trudno jednoznacznie zdefiniować styl, w którym mieszczą się muzyczne propozycje grupy Tesseract. Na pewno powiedzieć, że to progresywny metal, to jakby nic nie powiedzieć. Muzyka zespołu jest tak różna od propozycji innych progmetalowych przedstawicieli gatunku, że chyba specjalnie dla potrzeb takich właśnie grup, jak TesseracT wymyślono pojęcie ‘djent’.

Polirytmiczna muzyka na płycie „Sonder” brzmi jakby miał wraz z nią przetoczyć się ciężki drogowy walec, ale długimi chwilami jest też spokojna, wręcz marzycielska. Są dwa takie warte uwagi momenty wyciszenia: niespełna dwuminutowy, lekko ambientowy temat „Orbital” oraz pięknie prezentujące się nagranie „Mirror Image”. Równie efektownie i w miarę spokojnie prezentuje się poprzedzająca je kompozycja „Beneath My Skin”, tworząc razem z „Mirror Image” niezwykle udaną parkę, będącą moim zdaniem jednym z najciekawszych fragmentów albumu. Ale są też momenty o wiele mocniejsze. Na przykład "King", w którym śpiewający Daniel Tompkins powraca do swoich growli i krzyków, przypominając nam dlaczego o grupie TesseracT zawsze mówiło się, że gra mocno i z zębem. I zadziornie. Gęste i głośne gitarowe riffy brzmią świeżo i ekscytująco. Chwilami wydają się wręcz monstrualnie ciężkie, jak w utworze „Smile” (którego starszą wersję można było usłyszeć na zeszłorocznym singlu) i wsparte fajnymi elektronicznie brzmiącymi klawiszami tworzą całość, która wydaje się i ciężka, i mroczna, i groźna, i pełna niezwykłego impetu. „Smile” to, obok „King”, najcięższa kompozycja na płycie, także naznaczona growlującym krzykiem Tompkinsa. Pięknie przechodzi ona w nagranie „The Arrow”, które jest krótkim i eterycznym zwieńczeniem tej w sumie naprawdę dobrze brzmiącej płyty.

Nie wiem jak na tle swoich poprzedników plasuje się album „Sonder”. Nie wiem, bo nigdy ich nie słyszałem. Ale wydaje mi się, że takie zespoły jak TesseracT takimi płytami jak „Sonder” popychają progmetalowy gatunek do przodu i wydają się być jednym z najciekawszych i najświeżej brzmiących zespołów z gatunku prog metal / djent.

MLWZ album na 15-lecie