Galasphere 347 - Galasphere 347

Artur Chachlowski, Galasphere 347 - Galasphere 347

Na 20 lipca br. wytwórnia Karisma Records zapowiada wydanie debiutanckiej płyty norweskiego zespołu o nazwie Galasphere 347 i na miesiąc przed jej oficjalną premierą wiem już na pewno, że będziemy mieli do czynienia z albumem niezwykłym. Magicznym. Takim, który pokochają całe rzesze fanów progresywnego rocka w naszym kraju. I wiem też, że za kilka tygodni nazwa ‘Galasphere 347’ znajdzie się na ustach wszystkich sympatyków dobrej progresywno-rockowej muzyki.

Płytowy debiut Norwegów to album zachwycający. Trzymający w napięciu i przykuwający uwagę od pierwszej do ostatniej minuty. W sumie tych minut jest 41, a układają się one w trzy długie kompozycje: „The Voice Of Beauty Drowned” (10:42), „The Fallen Angel” (15:35) i „Barbarella’s Lover” (15:16). Wszystkie pasjonująco piękne. Doskonale skrojone, dobrze przemyślane oraz perfekcyjnie wykonane. Nic dziwnego, wszak w składzie grupy Galasphere 347 spotykamy nietuzinkowych muzyków, którzy z niejednego pieca już muzyczny chleb jedli. Właściwie to starzy dobrzy znajomi. Na instrumentach klawiszowych, fletach i trąbce (zwracam uwagę na świetną solówkę na trąbce-skrzydłówce mniej więcej w połowie „The Fallen Angel”) gra Ketil Vestrum Einarsen z White Willow i Jaga Jazzist. Na perkusji (a także na syntezatorach i na gitarach) – Mattias Olsson – muzyk znany z projektów Necromonkey, Kaukasus, Gösta Berlings Saga, a przede wszystkim z Änglagård. A na gitarach i basie – wieloletnia podpora White Willow, Jacob Holum-Lupo. Jest jeszcze ten czwarty – artysta urodzony w Anglii, Stephen James Bennett. Przed laty działał on w formacji LaHost, grał też na klawiszach w No-Man, udzielał się w grupach Henry Fool i The Opium Cartel, a ostatnio można było go usłyszeć jako klawiszowca na solowych płytach Tima Bownessa „Abandoned Dancehall Dreams” (2014), „Stupid Things That Mean The World” (2015) oraz „Lost In TheThe Ghost Light”” (2017). Ze względu na jego osobę, a przede wszystkim ze względu na jego prominentną pozycję w Galasphere 347 (Bennett śpiewa, komponuje oraz gra na gitarach i instrumentach klawiszowych) należałoby raczej o tym zespole mówić jako o grupie angielsko-norweskiej. Albo, by być bardziej precyzyjnym, anglo-norweskiej supergrupie.                                                                                            

Lirycznie album w luźny dość sposób przedstawia koncepcję nocnego życia pewnego miasta, mówi o uczuciach oczekiwania i rozczarowania, o przyjemności i o bólu, a także o miłości i stracie spowodowanej odejściem kogoś bliskiego. Zespół wykorzystuje sporą kolekcję analogowych instrumentów w stylu vintage. Na każdym kroku słyszymy więc tutaj melotrony i moogi, syntezatory Oberheima i Korga, są Stratocastery i Les Paule, a w brzmieniu zespołu bardzo często dominują gizmotrony, stylofony oraz dźwięki dobywające się orkiestrowych dzwonków (Glockenspiel), tworząc razem charakterystyczny krajobraz dźwięków przerywany porywającymi partiami gitarami, fletów, melotronu oraz sfuzzowanych organów. W długich epickich pasażach mamy liczne zmiany tempa, panuje w nich intrygujący klimat i szczególnie w przypadku „The Voice Of Beauty Drowned” i „The Fallen Angel” urastają one do rangi niezwykle udanych kompozycji, o których pamiętać i dyskutować będziemy zapewne jeszcze bardzo długo. Progresywne piękności!

Zespół swoją nazwę zawdzięcza popularnemu młodzieżowemu serialowi telewizyjnemu pt. „Space Patrol” emitowanemu w Anglii w 1962 i 1963 roku, którego bohaterowie podróżowali międzygalaktycznym pojazdem Galasphere 347. Dlatego debiutancki album grupy Galasphere 347 jawi się niczym rockowy rejs w przestrzeni kosmicznej ze Stephenem Jamesem Bennettem w roli charyzmatycznego kapitana statku. To niezwykle udane połączenie doświadczeń czterech niesamowicie utalentowanych członków zespołu z ich muzycznej przeszłości znalazło ujście w dającej świetne owoce pracy w studio pod czujnym okiem legendarnego producenta płyt Pink Floyd, Andy Jacksona. Nie mógł z tego konglomeratu wyjść album zły. Wyszedł album fantastyczny, a każda z trzech wypełniających go kompozycji to prawdziwa perła na mapie współczesnego art rocka.

Mam przeczucie graniczące wręcz z pewnością, że podobnie jak rok temu ogromnie cieszyła nas płyta „Myth Of Earth” innej norweskiej formacji Himmellegeme, tak samo i teraz mamy do czynienia z albumem-pewniakiem do miana tytułu ‘najlepszy progrockowy debiut roku’.

MLWZ album na 15-lecie