Banks, Peter - The Self-Contained Trilogy

Artur Chachlowski, Banks, Peter - The Self-Contained Trilogy

Niedawno pisaliśmy na naszych łamach o płytowej antologii „Be Well, Be Safe, Be Lucky” pierwszego gitarzysty grupy Yes, nieżyjącego od pięciu lat, Petera Banksa.

Równolegle do tamtego wydawnictwa zarządzana przez Daniela Earnshawa firma Peter Banks Musical Estate posiadająca prawa autorskie do artystycznego spadku pozostawionego przez Banksa wypuściła na rynek trzypłytowy zestaw zatytułowany „The Self-Contained Trilogy” zawierający trzy płyty naszego bohatera wydane w latach 90.: „Instinct” (1994), „Self-Contained” (1995) oraz „Reduction” (1997). Wszystkie one zostały poddane gruntownemu remasteringowi oraz dostosowano je do współczesnych wymogów techniki audiofilskiej. Wydawnictwo to daje możliwość ponownego dotarcia do tych od dawna nieosiągalnych na rynku albumów Petera Banksa, ale przede wszystkim jest złożeniem należnego hołdu twórczości tego, co by nie mówić, niedocenionego za życia muzyka.

Muszę się przyznać, że i dla mnie płyty te były nowym doświadczeniem, gdyż tak się złożyło, że nigdy nie miałem do czynienia z solowymi dziełami człowieka, który współtworzył dwie pierwsze płyty grupy Yes. Ale muzyka Yes nie jest chyba odpowiednim drogowskazem do znalezienia klucza do solowych dokonań Petera Banksa. Jak się okazuje w swojej solowej twórczości nie odcinał on kuponów od swojej pełnej chwały muzycznej przeszłości, zamiast tego znalazł indywidualną perspektywę dla swojej muzyki, jak np. powiązane ze sobą utwory; a także małe wspólne tematy liryczne tworzące większe całości (jak suita „It’s All Greek To Me” stanowiąca połowę płyty „Self Contained”), tworząc nietypowe, spójne utwory, a także inne nowatorskie cechy, jak na przykład słowo mówione (w niektóre utwory wpleciono fragmenty soundtracków i radiowych wiadomości), narracje czy filmowe dialogi.

Słuchając tych płyt pierwsze wrażenie, które na długo zapada w pamięć, jest takie, że zawierają one bardzo eklektyczny pod względem stylistycznym materiał. Rock, prog, muzyka electro, a nawet latino mieszają się tu z punkiem i jazzem. Ale w przedziwny sposób wszystko to dobrze ze sobą współgra, a po pewnym czasie słyszymy, że wszystko zaczyna logicznie i należycie funkcjonować. Bo taka jest solowa muzyka Banksa: nieprzewidywalna, niemieszcząca się w wąskich stylistycznych szufladkach, wymagająca, otwarta, wizjonerska, a przy tym… niesamowicie precyzyjna, różnorodna i inteligentna.

Dodatkową zaletą tego zestawu jest oddana w najmniejszym szczególe oryginalna szata graficzna wszystkich płyt Petera Banksa. To bardzo udane kolekcjonerskie wydawnictwo. Nie tylko dla koneserów, lecz także dla newcomerów, którzy, jak ja, z solową twórczością Banksa spotykają się po raz pierwszy.

MLWZ album na 15-lecie