Sea Within, The - The Sea Within

Przemysław Stochmal, Sea Within, The - The Sea Within

Pierwsze ogłoszenie powstania tej supergrupy miało miejsce w grudniu ubiegłego roku. Potem, po kilkumiesięcznej medialnej ciszy, wreszcie przedstawiono szczegóły wydawnictwa sygnowanego nazwą The Sea Within. Pod koniec czerwca doczekaliśmy się premiery albumu, w którego tworzeniu wziął udział skład doprawdy imponujący. Wokalami zajął się Daniel Gildenlöw (Pain of Salvation), tu i ówdzie po mikrofon sięga również Casey McPherson, czyli głos innego superkolektywu – Flying Colors. Gitary i bas należą do przedstawicieli The Flower Kings – Roine Stolta i Jonasa Reingolda, na instrumentach klawiszowych gra Tom Brislin, który polskim odbiorcom może być znany choćby z symfonicznego występu Yes w Warszawie w 2003 roku. Za zestawem perkusyjnym zasiadł rozchwytywany w ostatnim czasie Marco Minnemann (Steven Wilson, The Aristocrats).

Założeniem tego atrakcyjnego line-upu była wspólna praca nad materiałem „tu i teraz”, co musiało zwiastować ciekawą wypadkową muzycznych osobowości, chociaż, i nie jest to żadną tajemnicą, z góry „skazaną” na mniej lub bardziej progrockowy charakter. Sami muzycy zresztą podkreślają, a tu i tam słychać to wyraźnie, że każdy z nich miał swój własny wkład w ostateczny kształt materiału, dodając charakterystyczne dla siebie elementy (tu jednak mała uwaga: ciężkich brzmień na albumie nie uświadczymy!). Tym samym powstało dzieło z grubsza dające się wpisać w pojemne pojęcie estetyki rocka progresywnego naszych czasów, ale, co istotne, w ogromnej mierze skrojonego bardzo inteligentnie w schludne piosenki o znakomitym melodycznym potencjale.

Z cała pewnością to ogromne doświadczenie kompozytorsko-wykonawcze każdego z członków grupy pozwoliło na to, by zaproponowany materiał mógł zachwycić perfekcyjnym wyważeniem piosenkowości ze złożonością i eklektycznymi skłonnościami rocka progresywnego. Melodie, będące ogromnym atutem płyty, mocno zapadają w ucho (od refrenów takich utworów jak choćby „They Know My Name”, „Goodbye”, czy „Where Are You Going?” naprawdę trudno się uwolnić), doskonale przy tym korespondując z progrockowymi założeniami, stylistycznymi niespodziankami (jazzowa wycieczka w „An Eye For An Eye For An Eye” – palce lizać!) i bogatymi aranżacjami.

Wśród tego zestawu w większości dość zwartych i nie za długich kompozycji wyróżnia się epicki, trwający niemal kwadrans utwór „Broken Cord” (pierwotnie miał trwać nawet 25 minut), który w swojej kalejdoskopowo zmiennej formie z pewnością musiał być pomysłem panów z The Flower Kings. To utwór najsilniej zdradzający klasyczne inspiracje członków grupy, przywołujący echa twórczości takich legend jak The Beatles, Camel czy Yes – co zresztą potęguje gościnna wokaliza Jona Andersona w samym środku utworu.

Album „The Sea Within” to ponad siedemdziesiąt minut muzyki. Ten nie lada kawał materiału podzielono na dwa, choć mocno nierówne pod względem czasu trwania krążki, co może w jakiś sposób ułatwić oswajanie się z materiałem, który wbrew wspomnianemu potencjałowi piosenkowemu, w całej swojej złożoności wymaga początkowo poświęcenia odpowiednio dużej ilości przesłuchań. Jest to jednak dzieło zdecydowanie warte uwagi, interesujące, atrakcyjne, a przy tym bardzo starannie wyważone, dzięki czemu nie męczy, a przede wszystkim nie sprawia wrażenia jakoby miało być efektem usilnej próby stworzenia progresywnego arcydzieła. To wbrew pewnemu zwyczajowemu progrockowemu wyrachowaniu dzieło bardzo szczere; świadectwo, że nawet starzy wyjadacze gatunku potrafią bawić się tworzeniem nowej muzyki. I podobnej radości w odbiorze należałoby życzyć adresatom płyty.

MLWZ album na 15-lecie