Roxy Music - For Your Pleasure

Przemysław Stochmal, Roxy Music - For Your Pleasure

Z jakichś przyczyn pewne kultowe i pomnikowe dla historii rocka zespoły, które zainspirowały i ukształtowały całą masę artystów sobie współczesnych i młodszych, w naszym kraju nigdy nie doczekały się należnego uznania, promocji i rozpoznania, do dziś pozostając obiektem zainteresowania zdecydowanie zbyt wąskiego grona odbiorców. Do takich grup należy formacja Roxy Music, chociaż jej lider Bryan Ferry wielokrotnie już pojawiał się u nas na koncertach. 20 lipca zresztą wystąpi również na tegorocznym Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty.

Przypuszczalnie popularność artysty w naszym kraju wśród szerszej publiczności łączyć należałoby z jego megaprzebojami z lat 80., nie zaś z doniosłymi dokonaniami w ramach Roxy Music. A szkoda, bo z wielu względów dorobek zespołu nie tylko wypada, ale zdecydowanie warto znać. Zwłaszcza, że sam artysta bezustannie i w znacznym stopniu sięga do niego w swojej solowej działalności koncertowej – tak jest choćby z jedną z najbardziej udanych płyt formacji, pochodzącą ze znakomitego dla historii muzyki rockowej 1973 roku, „For Your Pleasure”.

Po udanym debiucie przedstawiającym grupę, która w zaskakujący sposób nadała rockandrollowi artystowski wyraz, przyszedł czas na dzieło co prawda bardziej dojrzałe i wyszlifowane, jednak nie mniej frapujące i szalone. Obok charakterystycznych glamrockowych zwiastunów punka, z otwierającym album „Do The Strand” na czele, w programie płyty znalazły się rzeczy zdecydowanie osobliwe, wymykające się z góry określonym kryteriom, a przy tym absolutnie porywające. Zwłaszcza warto nadmienić „In Every Dream Home a Heartache” jako niejednoznaczną odę Ferry’ego do nadmuchiwanej lali zwieńczoną psychodelicznym solo na gitarze Phila Manzanery; złowrogo snutą a porywającą bliskim krautrocka transem opowieść o stalkerze - „The Bogus Man”, czy zamykający album utwór tytułowy, który z podniosłej kody niemal „rozpływa się” pomału w świat muzyki konkretnej, pozostawiając słuchacza w zupełnie odrealnionych wrażeniach na sam koniec.

Siłę wyrazu tych jakże błyskotliwych kompozycji okraszonych nietuzinkową liryką zwielokrotnia udział środków formalnych, jakimi dysponowali członkowie Roxy Music jako instrumentaliści, a Bryan Ferry jako wokalista, które nadały muzyce jako takiej cech doprawdy niepospolitych – wszechobecny saksofon Andy’ego Mackaya wraz z sonicznymi eksperymentami Briana Eno (dla którego „For Your Pleasure” było drugim i ostatnim dziełem nagranym z zespołem), a przede wszystkim nietuzinkowy głos Ferry’ego, potrafiącego wyśpiewywać swoje teksty równie przekonywująco w upiornym jak i amanckim tonie, pozostając przy tym wciąż rockowym wokalem.

Muzyka Roxy Music, z „For Your Pleasure” na czele, inspirowała, frapowała, ale i bujała całe rzesze słuchaczy, a co najważniejsze – jej artystyczny potencjał i ponadczasowość wydają się być i dzisiaj niewyczerpane. To jednak nie tylko wybitny album rockowy, ale i jeden z przejawów Roxy Music jako kulturowego zjawiska łączącego muzykę, sztukę przedstawieniową i modę. Zespół w swojej twórczości dbał o każdy z tych szczegółów, czego „For Your Pleasure” jest dobitnym przykładem – od przenikliwej okładki okraszonej zdjęciem modelki Amandy Lear z panterą na smyczy niemal tak samo trudno oderwać wzrok, jak niełatwo uwolnić się od sprawiającej nie lada przyjemność muzyki wypełniającej ten album.

MLWZ album na 15-lecie