Kentish Spires, The - The Last Harvest

Artur Chachlowski, Kentish Spires, The - The Last Harvest

Dziś przed nami debiutancki album „The Last Harvest” firmowany przez grupę The Kentish Spires. Tworzą ją: śpiewająca pani Lucie V, gitarzysta Danny Chang (znany z działającej 20 lat temu formacji The Fyreworks), perkusista Tim Robinson (Magenta), Phil Warren na basie, Rik Loveridge na klawiszach oraz grający na instrumentach dętych Paul Hornsby. Łączą ich dwie rzeczy: zamiłowanie do twórczości grup pokroju Caravan, Soft Machine czy Matching Mole oraz to, że wszyscy pochodzą z hrabstwa Kent w Anglii. A jak Kent, to… Canterbury. I tak faktycznie jest.

Album nagrany został za pomocą technik naśladujących (z powodzeniem!) brzmienia lat 70. ze szczególnym uwzględnieniem inspiracji tzw. sceny Canterbury właśnie. Na płycie „The Last Harvest” The Kentish Spires dostarczają słuchaczowi bogactwa muzycznych wrażeń – imponuje przede wszystkim praca sekcji dętej, która w sposób doskonały dopasowuje się do muzycznego fundamentu tworzonego przez tradycyjne dźwięki gitar, basu i perkusji - z adekwatnie dla epoki i gatunku brzmiącymi syntezatorami oraz równie imponującym, naprawdę mocnym wokalem Lucie V. Lucie wychowała się na angielskiej scenie folkowej, co z pewnością miało wpływ na jej podejście do nagrań zamieszczonych w programie niniejszej płyty. Jej ekscentryczny i bardzo ‘angielski’ w swoim stylu wokal idealnie pasuje do kierunku obranego przez grupę The Kentish Spires.

Choć ”The Last Harvest” nie jest to albumem koncepcyjnym, kilka opasłych kompozycji – tak trzeba o nich mówić, gdyż niektóre z nich trwają po kilkanaście minut - szczególnie "Kingdom Of Kent", "Hengist Ridge" oraz tytułowy utwór „The Last Harvest”, opowiada o tradycjach i przeszłości hrabstwa Kent. Brzmieniowo jesteśmy na scenie Canterbury XXI wieku, stosunkowo niedaleko od brzmień znanych z licznych płyt formacji The Tangent, z tym że The Kentish Spires brzmią o wiele łagodniej, bardziej melodyjnie i w ogóle muzyka zamieszczona na albumie „The Last Harvest” wydaje się nadspodziewanie strawna i niezwykle łatwo przyswajalna, a długimi chwilami przybliżająca się wręcz do folk rocka. Czego przecież o awangardowych, często dziwacznych jazzrockowych łamańcach, z którymi powszechnie kojarzy się brzmienie Canterbury, powiedzieć nie można.

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka: jeden utwór, „Clarity”, został zmiksowany przez Roba Reeda z grupy Magenta. I jest to – w odróżnieniu od długich, wymienionych powyżej kompozycji stanowiących prawdziwe koła zamachowe albumu, niesamowicie zgrabna, niespełna czterominutowa piosenka o sielankowym wydźwięku, która przy odrobinie dobrej woli może nawet stać się przebojem. Obejrzyjcie teledysk na YouTube, wejdźcie w świat muzyki The Kentish Spikes, a nie będziecie już chcieli z niego wychodzić…

MLWZ album na 15-lecie