Seasons Of Time - Welcome To The Unknown

Artur Chachlowski, Seasons Of Time - Welcome To The Unknown

Niemiecki zespół Seasons Of Time powstał w 1993 roku, a cztery lata później wydał swój debiutancki album "Behind The Mirror". Potem zespół zszedł do podziemia, by po długim okresie bezczynności ponownie pojawić się w 2014 roku z drugim albumem pt. "Closed Doors To Open Plains" (nasza angielskojęzyczna recenzja tej płyty tutaj).

Wygląda na to, że zespół powrócił do regularnej działalności, gdyż nie minęły cztery lata i oto światło dzienne ujrzał nowy krążek zatytułowany „Welcome To The Unknown”. Nowy album to rzecz o tyle ciekawa, że grupie Seasons Of Change wreszcie udało się wznieść o szczebel wyżej, niemniej jednak niektóre wady poprzednich wydawnictw wciąż są na nim obecne. Muzyka grupy Seasons Of Change, sama w sobie, jest dość przyjemna, niektóre partie instrumentalne (jak np. syntezatorowe solówki w „Toward The Horizon”) jako żywo przypominają późny Genesis, niektóre kompozycje naprawdę potrafią zachwycić (jak najdłuższa w tym zestawie, trwająca kwadrans, „Joana”), ale są w niej liczne elementy, które potrafią być irytujące. Jakie? Zbyt ewidentne, czasami jakby na siłę, hołdowanie klasycznemu symfonicznemu rockowi, co niemieckiemu zespołowi wychodzi z różnym skutkiem. Raz lepszym, raz gorszym niestety… Co jeszcze? Nienajlepsza jest produkcja, ale trzeba wziąć na nią poprawkę, gdyż album został nagrany w domowych warunkach, niekoniecznie przy zastosowaniu najnowszych (i najdroższych) technik realizacji dźwięku. Listę najważniejszych wad mamy odhaczoną.

Co po stronie plusów? Przede wszystkim poprawił się wokal. Wprawdzie Dirk Berger nie jest jakimś wybitnym wokalistą (o tym jeszcze za chwilę), ale jego głos brzmi zdecydowanie lepiej niż to, co na poprzedniej płycie prezentował poprzedni wokalista, Malte Twarloh. Na pewno ciekawsza jest teraz warstwa instrumentalna i kompozycyjna. Płyta „Welcome To The Unknown” zawiera naprawdę całkiem niezłe utwory. Praktycznie wszystkie, poza napakowanym elektroniką i ciut przegadanym „Driven To Drive”, przemawiają do mnie pod względem instrumentalno-aranżacyjnym. Również częste odgłosy pozamuzyczne, po które sięga zespół (jak spikerzy czytający wiadomości, dialogi niejako ‘spoza kadru’), też robią dobre wrażenie. Dobrze się tego słucha.

Wspomniałem o tym, że obowiązki wokalisty przejął klawiszowiec Dirk Berger. Jest coś w jego dykcji oraz akcencie, co mimo wszystko powoduje pewien dyskomfort przy słuchaniu, dość podobny jak na starych płytach Eloy. Jednakowoż, gdy już przywyknie się do tej swoistej maniery wokalnej Bergera, to wydźwięk całej płyty robi się naprawdę jak najbardziej pozytywny. Tak więc myślę, że ci słuchacze, którzy zakochani są w neoprogresywnych klimatach a’la lata 90. mogą uznać tę płytę za bardzo przyjemną i udaną, lecz mniejsi entuzjaści tego gatunku nazwą ją wyjątkowo wtórną. Ale co najważniejsze, piszę to jako przychylny komentator, słuchając tego albumu nie sposób się nudzić. Potrafi on zaciekawić, zaintrygować i przy odrobinie dobrej woli, można znaleźć na nim kawał solidnie zagranej neoprogresywnej muzyki.

Dodajmy jeszcze, że Dirkowi Bergerowi w nagraniu tej płyty towarzyszyli: gitarzysta Florian Wenzel i perkusista Julian Hielscher oraz kilkoro wokalistów, którzy odegrali swoje aktorskie role w utworach „Plans To Make Plans”, „Driven To Drive” i „Joana”.

www.recordjet.com

MLWZ album na 15-lecie