Phideaux - Number Seven

Artur Chachlowski,

ImageWyobraźnia prog rockowych twórców nie zna granic. Tym razem Phideaux Xavier poszedł po całości. Bohaterami najnowszej, siódmej w swoim dorobku płyty – stąd tytuł: „Number Seven” – uczynił koszatkę (dormouse) i langustę (crayfish).

Ta surrealistyczna opowieść ma w sobie mnóstwo symbolicznych elementów, których prawdziwego znaczenia nie podejmuję się rozszyfrować. Wydaje mi się, że tematem przewodnim są zagadnienia ekologiczne, ale nie jestem tego pewien na sto procent. Jedno jest pewne: irracjonalny humor nie jest obcy autorowi tej historii. Tak to sobie Phideaux wymyślił. Zresztą to nie pierwszy tak surrealistyczny koncept na płycie z gatunku symfonicznego rocka. Bo do takiej kategorii album „Number Seven” z pełną odpowiedzialnością możemy śmiało zaliczyć.

Album podzielony jest na 3 segmenty, z których każdy trwa po około 20 minut i każdy składa się z kilku utworów. Całość cechuje duży rozmach, bogactwo dźwięków, często zmieniające się nastroje oraz niesamowite tempo wyznaczane płynnie przechodzącymi w siebie kolejnymi tematami. Do nagrania płyty Phideaux zaprosił liczne grono muzyków. Spośród nich warto wymienić trzon grającego na płycie zespołu: Ariel Faber (viol, v), Rich Hutchings (dr), Valerie Gracious (v), Mathew Kennedy (bg), Gabriel Moffat (g), Molly Ruttan (v), Linda Ruttan-Moldawsky (v), Mark Sherkus (k, g) i Johnny Unicorn (k, g).

Podobnie było w przypadku poprzedniego albumu „Doomsday Afternoon” i poniekąd podobny jest też klimat nowego albumu. Muzyka utrzymana jest w podobnym duchu, może nie robi ona z samego początku aż tak dobrego wrażenia, jak poprzednie dzieło Phideaux, ale już po kilku uważnych przesłuchaniach wyłania się naprawdę bardzo ciekawy obraz całości. Dużo jest na tej płycie fajnych melodii, dużo partii śpiewanych przez dwugłosy (Phideaux i Valerie Gracious), dużo akustycznych instrumentów, jak skrzypce, fortepian, saksofony, flety, klawesyny i gitary. Na płycie pobrzmiewają analogowe dźwięki przepełnione duchem muzyki lat 70. Brzmienia akustycznych gitar i fortepianu przypominają wczesny okres twórczości grupy Genesis. Kiedy indziej odzywają się echa akustycznego Mike’a Oldfielda. Zachwyca melodyka i bezbłędne tempo. Jednym słowem, sprawdzone patenty z tak dobrze przyjętej płyty „Doomsday Afternoon” zostały tu przez Phideaux znowu udanie zaimplementowane i, co tu dużo mówić, znowu mamy do czynienia z niezwykle udanym albumem. Fani prog rocka powinni być zadowoleni.

Warto jeszcze wyróżnić przepiękną szatę graficzną książeczki, której autorką jest Linda Ruttan-Moldawsky. Liczne kolorowe ilustracje uzupełniają treść całej historii, będącej dopełnieniem trylogii, której dwie poprzednie części stanowiły albumy „The Great Leap” (2006) oraz „Doomsday Afternoon” (2007). Ale „Number Seven” to nie koniec całej opowieści. Według informacji, którą można znaleźć wewnątrz książeczki już niedługo powinien ukazać się muzyczny suplement do tego albumu w postaci wydawnictwa zatytułowanego „7 ½”. Zanim trafi ono na rynek rozkoszujmy się zawartością najnowszej płyty Phideaux. Bowiem ze swoim nowoczesnym podejściem do prog rocka uszczęśliwia on swoją muzyką zarówno sympatyków neoprogresywnego rocka, jak i miłośników bardziej tradycyjnych, zakotwiczonych w latach 70. dźwięków. Jak dla mnie, Phideaux ze swoją nową płytą dołączył do ścisłego grona najlepszych płyt 2009 roku.

www.bloodfish.com

MLWZ album na 15-lecie