Phideaux - Snowtorch

Artur Chachlowski,

ImagePhideaux Xavier nie od dziś słynie z bardzo dobrze skonstruowanych, epicko brzmiących albumów tematycznych. I choć ma swoim dorobku całkiem sporą liczbę płyt („Snowtorch” jest już ósma płytą  tego artysty), to właściwie dopiero dwa ostatnie koncepty w postaci albumów „Doomsday Afternoon” (2007) oraz „Number Seven” (2009) wyniosły go do czołówki prog rockowych wykonawców zza oceanu. Na swoich płytach artysta otacza się  wianuszkiem nietuzinkowych muzyków i wokalistów, którzy pod szyldem „Phideaux” tworzą  z reguły barwne, wielowątkowe epickie opowieści. Tak jest i tym razem, w przypadku najnowszego, wydanego bez szumnych zapowiedzi,  krążka zatytułowanego „Snowtorch”.

Phideaux ponownie zaskoczył wszystkich konstrukcją swojej najnowszej płyty. Na jej program składają zaledwie cztery utwory, z których dwa są połowami kompozycji tytułowej i trwają łącznie 35 minut. Pozostałe dwa – „Helix”, który rozdziela „Snowtorch Part One” i „Snowtorch Part Two” oraz finałowy, enigmatycznie zatytułowany „…” (de facto jest to krótka instrumentalna miniatura stanowiąca podsumowanie całości tytułowego cyklu, która spina w sobie niektóre wątki zapoczątkowane w „Helixie”) trwają łącznie 8 minut z sekundami. Widać więc gołym okiem gdzie Phideaux kładzie najmocniejsze akcenty i gdzie skupiają się najważniejsze wątki dla tego albumu.

Jaka jest muzyka na płycie „Snowtorch”? Nie ma zaskoczenia. Jeżeli ktoś zna dorobek Phideaux, ten nie spotka się tu praktycznie z żadnymi zmianami stylistycznymi w stosunku do poprzednich albumów. W muzyce zespołu nadal króluje charakterystyczna dyskretna melodyjność, epicki rozmach, bogate instrumentarium (zwraca uwagę częsta obecność wiolonczel, skrzypiec i saksofonów na tle typowo rockowych dźwięków). Na każdym kroku, nawet w najdelikatniejszych momentach, czuć w niej wielki rozmach, złożoność, ale pomimo licznych zawiłości, ani na moment nie staje się ona trudna czy niekomunikatywna. W dodatku nad wszystkim czuwają rozbudowane partie wokalne (obok Phideaux Xaviera, śpiewają też panie: Ariel Farber, Valerie Gracious i Linda Ruttan Moldawsky), które sprawiają bardzo solidne wrażenie.

Wszystko to sprawia, że nad muzyką Phideaux przez cały czas trwania płyty „Snowtorch” unosi się duch muzyki Kansas, Gentle Giant, ELP, Pink Floyd i wielu, wielu innych ważnych dla symfonicznego rocka wykonawców.

Nie ma więc zaskoczeń, nie ma niespodzianek i nie ma też przełomu (bo być nie musi) w uprawianej przez Phideaux stylistyce. W związku z tym, nie ma też  żadnego rozczarowania. Choć przyznam szczerze, że słuchaczom  nieznającym dotychczasowej twórczości tej grupy, poleciłbym raczej album „Doomsday Afternoon”. Stanowi on pełniejszy i chyba bardziej udany wstęp do poznania muzyki Phideaux. „Snowtorch” to raczej rozwinięcie i konsekwencja wcześniej obranego przez zespół kierunku rozwoju. Kontynuacja. Całkiem niezła, ale tylko kontynuacja…

PS. A skoro mówimy już o kontynuacji, to jeszcze w tym roku należy się spodziewać EP-ki zatytułowanej „7½”, która będzie muzycznym ciągiem dalszym losów bohaterów albumu „Number Seven”:  raka i myszy popielicy.

MLWZ album na 15-lecie