Arena - The Seventh Degree Of Separation

Artur Chachlowski,

ImageSłucham uważnie od kilku dni, niemalże „katuję” najnowszy krążek Areny (właściwie to każdą wolną chwilę całego długiego polskiego świątecznego weekendu spędziłem przy dźwiękach z nowej płyty; w samochodzie, w domowym odtwarzaczu, przy szemrzącym do poduszki „jamniku”, na słuchawkach i z głośników), więc chyba mogę powiedzieć, że zdążyłem już dobrze poznać zawartość albumu „The Seventh Degree Of Separation”.

I w związku z tym nasunęło mi się kilka wniosków. Po pierwsze, „przyswajanie” nowej płyty przychodzi nadspodziewanie gładko. Nie jest ona zbyt długa (trwa niespełna godzinę), składa się z 13 krótkich, 3-4 minutowych utworów. Wyjątkiem w tym zestawie jest „Catching The Bullet” (7:43), ale i on nie posiada zbyt skomplikowanej budowy i nie przejawia cech progresywnej epickości. No właśnie… Rozmach i patos gdzieś najwyraźniej prysły. Stąd uwaga nr 2: nie uraczysz na „The Seventh Degree Of Separation” wielopiętrowych kompozycji z efektownymi długimi solówkami w rodzaju „Solomona” (notabene świetnie wykonanego na żywo w Teatrze Śląskim w Katowicach), „Sirens”, „The Visitor” czy „Moviedrome”. Zakończenie albumu w postaci utworu „The Tinder Box” prezentuje się wręcz mizerniutko w porównaniu chociażby z takim „Opera Fanatica”, który w sposób tyleż efektowny, co pompatyczny zamykał poprzedni, wydany 6 lat temu album „Pepper’s Ghost”. Niewiele jest niestety na tym albumie partii instrumentalnych, które zapadają w pamięć. A jeżeli już takowe się pojawiają, to są one nad wyraz krótkie i oszczędne. Jakby Arena chciała je tym razem z jakiegoś dziwnego powodu reglamentować. Właściwie to pod tym względem w uszy rzuca się jedynie gitarowa partia Johna Mitchella w „The Ghost Walks” oraz jego „gitarowe szaleństwo”, skądinąd schowane gdzieś w tle, w finałowym „The Tinder Box”. Nie ma na „The Seventh Degree Of Separation” rzeczy równie porywających, jak chociażby w pamiętnym, zresztą świetnie wykonywanym podczas niedawnych koncertów Areny, „Riding The Tide”. Jest za to zaskakująco dużo nieomal przebojowego materiału. Proporcje się odwróciły… Trochę szkoda…

Obserwacja nr 3: Arena nagrała tę płytę z nowym, czwartym już wokalistą. Uważam, że Paul Manzi prezentuje się nieźle, choć – szczególnie w wersji na żywo – ma wyraźne ciągotki ku typowo metalowej ekspresji. Ale nie czynię z tego zarzutu, bo choć jego wkład w materiał, który słyszymy na „The Seventh Degree Of Separation”, jest praktycznie zerowy, to ze swoich interpretacyjnych zadań wywiązał się on lepiej niż przyzwoicie. Ale i tak gradacja moich ulubionych wokalistów Areny utrzymuje trend „im później, tym gorzej” (tzn. 1. Carson, 2. Wrightson, 3. Sowden, a Manzi… mimo wszystko poza za podium). Chwilami (szczególnie w „Rapture”, „Thief Of Souls” i „Burning Down”) sposób muzycznej ekspresji nowego wokalisty ewidentnie przypomina mi Marka Trueacka z australijskiej grupy Unitopia. Ale to tylko uwaga na marginesie.

Po czwarte, jak wiadomo, „The Seventh Degree Of Separation” jest concept albumem opowiadającym o ostatnich godzinach przed śmiercią oraz pierwszych godzinach po śmierci głównego bohatera. Teksty, często bardzo osobiste, nieomal autobiograficzne, napisał Clive Nolan, a sam tytuł płyty związany jest z teorią węgierskiego pisarza Frigyesa Karinthy’ego, według której każdy ma możliwość skontaktowania się z dowolnym mieszkańcem Ziemi za pomocą sześciu osób. Ten siódmy stopień oddalenia to, według Nolana, możliwość kontaktu z sobą samym, ale w zaświatach. Warstwa literacka płyty zawiera mnóstwo symboli, ukrytych, niedopowiedzianych znaczeń, filozoficznych treści, których - przyznam to szczerze – nie zdążyłem jeszcze do końca rozgryźć. Ale muszę powiedzieć, że gdy ilekroć śledzę z książeczką w ręku to, co śpiewa Manzi, to teksty autentycznie poruszają moją wyobraźnię. Chwytają ze serce. Duże brawa dla Nolana. Pragnę zwrócić uwagą na kilka linijek kończących ostatni na płycie utwór:

We are children – we could never understand

We are dancers, we are actors, we are players in the sand

We are part of this ARENA: we are part of this BAND…

Urocze, prawda?

Ale wróćmy do muzyki. O tym, że nie ma na nowym krążku formalnie rozbudowanych utworów, już wiemy. O tym, że składa się on z powiązanych ze sobą tematów, też. Ale nie napisałem jeszcze – i to jest „po piąte”- że nowy materiał Areny najlepiej wypada, gdy słucha się go non stop i to w całości. To niewątpliwy atut tego albumu. Pod tym względem przypomina on dwie wcześniejsze płyty Areny: „The Visitor” i „Contagion”. Ale trzeba też przyznać (po szóste!), że niektóre utwory znakomicie prezentują się samodzielnie. Nie wiem, czy to potwierdzenie teorii inżyniera Mamonia o tym, że najbardziej podobają się nam te melodie, które już kiedyś słyszeliśmy, ale powiem, że kilka tygodni temu dla potrzeb Małego Leksykonu otrzymałem od zespołu trzy nagrania: „Burning Down”, „What If” i „Rapture”, i to właśnie one, ilekroć słucham w całości nowego albumu, najbardziej przykuwają moją uwagę. Do tego grona dorzuciłbym jeszcze przebojowe „One Last Au Revoir”, "The Tinder Box" i… tyle. Reszta już nie jest tak efektowna. A przecież wymienione przed chwilą przeze mnie, nagrania trwają łącznie zaledwie 22 minuty. Stąd wniosek siódmy: nowa płyta Areny ma swoje wzloty i upadki. Jest nierówna i obok niezłych momentów jest na niej kilka wypełniaczy (jak na przykład nie przymierzając nagranie zatytułowane „Trebuchet”, whatever it means?), których z pewnością nigdy nie pokochają sympatycy zespołu, ani też nie staną się one żelaznymi punktami koncertowego repertuaru Areny.

Mam jeszcze uwagę numer 8: brzmienie płyty. Coś mi tu nie gra. Coś jest nie tak. Powrót Johna Jowitta do zespołu to niewątpliwy plus, zmiana wokalisty to żadna strata, a John Mitchell jak zawsze prezentuje wysoką formę. W takim razie o co chodzi? Coś jest nie tak z brzmieniem instrumentów obsługiwanych przez dwóch głównych muzyków w zespole. O grze Micka Pointera na perkusji napisano już kilkaset elaboratów i prac doktorskich. Niestety, jego gra na „The Seventh Degree Of Separation” jest potwierdzeniem opinii tych krytyków, którzy – mówiąc eufeministycznie, nie uważają go za wybitnego perkusistę. Jest kilka fragmentów na nowej płycie, gdzie wyraźnie słychać, że wali on stopą i pałkami trochę bez sensu, a jego gra przypomina typową powermetalową szamotaninę. No i jest coś dziwnego w sposobie gry na syntezatorach Clive’a Nolana. Coś takiego, że pozwolę sobie zaryzykować teorię, że mniej lub bardziej mimowolnie, ale za sprawą jego gry, a może produkcji, Arena AD 2011 osiągnęła brzmienie bliskie… latom 80. ubiegłego stulecia. A to przecież okres niekoniecznie najbardziej poważany przez fanów progresywnego rocka.

Wnioskuję z „listy płac” zamieszczonej w książeczce, że to właśnie Clive Nolan (choć nigdy się on do tego nie przyznaje), zresztą od samego początku istnienia zespołu, jest „ojcem” całego przedsięwzięcia, więc ze sporym zgryzem formułuję wniosek ostatni, czyli dziewiąty: „The Seventh Degree Of Separation”, acz posiada naprawdę sporo niezłych momentów, na liście moich ulubionych płyt Areny zajmuje… ostatnie miejsce. Choć podkreślam (a niech tam, niech będzie po dziesiąte): nie jest to, obiektywnie rzecz ujmując, płyta zła i kto wie czy nie wyląduje w mojej dziesiątce ulubionych albumów 2011 roku. No, może nie w dziesiątce, ale w piętnastce… Po prostu jest najsłabsza z najlepszych. Zostawmy to tak… The End.

P.S. Mam jeszcze coś na pocieszenie. Po jedenaste: za każdym razem, gdy słucham płyty „The Seventh Degree Of Separation” mam poczucie, że album jako całość, prezentuje się lepiej niż za poprzednim razem… Może zatem nie jest tak źle, jak się niektórym wydaje?...

Po dwunaste zaś, muszę napisać kilka ciepłych słów o opakowaniu. Płyta wydana jest w starannie wykonanym digipaku, w rękawie którego znajduje się 28-stronicowa książeczka z kredowego papieru z tekstami i intrygującymi ilustracjami. Stanowią one uzupełnienie treści, o których opowiada album. W zestawie tym znaleźć też można krążek DVD pt. „The making of The Seventh Degree Of Separation”, którego niestety nie zdążyłem oglądnąć do momentu ukończenia tej recenzji…

MLWZ album na 15-lecie