Milton Keynes to niewielka miejscowość położona około 45 minut jazdy pociągiem od Londynu, w kierunku północno-zachodnim. Znana jest z siedziby jednego z największych zespołów Formuły 1, halowego stoku narciarskiego, ale także z legendarnego Stables Theatre. To właśnie tam, 12 grudnia 2025 roku, zagrała grupa Mostly Autumn, promując swój najnowszy album „Seawater”.
Od razu się przyznam — jestem wielkim miłośnikiem Bryana Josha i spółki, więc ta relacja z koncertu z pewnością nie będzie w pełni obiektywna. Znam zespół od czasów albumu „Spirit of Autumn Past” i muszę przyznać, że na każdym etapie ich kariery było w tej muzyce coś wyjątkowego. Ich studyjne wydawnictwa niemal zawsze trafiały do mojego prywatnego „topu” danego roku.
Wracając jednak do samego koncertu, rozpoczął się punktualnie o 20:00 (można według nich nastawiać zegarki). Całość podzielona była na trzy części i trwała aż trzy godziny. Tak, mówimy tu o jednym zespole, ale zespole rocka progresywnego! Muzycy byli w znakomitej formie, wszystko było perfekcyjnie dopracowane i słychać to było w każdym dźwięku instrumentów oraz w każdym niuansie wokalu.
Set 1
Wieczór otworzył się dokładnie tak samo jak najnowszy album — utworem „Let’s Take a Walk”, idealnym na rozpoczęcie długiej muzycznej podróży. Zaraz po nim zabrzmiał niezwykle dynamiczny cover „In for the Bite” z solowego albumu Bryana Josha. Perkusja odgrywała tu kluczową rolę, a sam utwór wpasował się w set bardzo naturalnie, bez najmniejszego stylistycznego dysonansu.
Następnie zespół powrócił do „Seawater” poprzez nasycone melancholią i refleksją kompozycje „Winter Dreaming” (z drugiej płyty wydania specialnego), „Why Do We Remember All the Rain” oraz „Future Is a Child” — ten ostatni niezwykle emocjonalny, z doskonałą solówką. Przyznam szczerze, na ten utwór z nowej płyty czekałem najbardziej. Pomiędzy nimi pojawiło się „Western Skies” z albumu „White Rainbow”, które wniosło do seta przestrzeń i charakterystyczny, gitarowy „oddech” zespołu.
Końcówka pierwszego seta należała do monumentalnego „Passengers” oraz dwóch utworów spoza dominującej płyty: lirycznego „Silver Glass” z „Heart Full of Sky” oraz „The Night Sky” z albumu „For All We Shared”. Zamknęły one tę część wieczoru w atmosferze skupienia.
Podczas przerwy wychwyciłem cicho brzmiące, znajome dźwięki… Tak, to było coś z naszego krakowskiego podwórka — „Help Me I Can’t Help Myself” projektu Moonrise. Zrobiło mi się naprawdę miło. Czyżby akustycy byli z Polski? A może po prostu nie mamy się czego wstydzić, jeśli chodzi o ten gatunek muzyki.
Set 2
Drugi set przyniósł wyraźną zmianę dynamiki i okazał się jeszcze bogatszy stylistycznie. Rozpoczęły go „Distant Train” oraz „Answer the Question” z albumu „Passengers”, przypominając o progresywnych korzeniach zespołu.
Następnie wróciliśmy do „Seawater” poprzez „My Home”, „Be Something” i „If Only for a Day” — trzy utwory o ogromnym ładunku emocjonalnym. Szczególnie ten ostatni zapadł w pamięć: piękne, otwierające pianino Iaina Jenningsa, solówki Josha oraz śpiew Olivii Sparnenn, dla której wysokie partie nie stanowią dziś żadnego wyzwania. Wykonuje je z niezwykłą lekkością, co doskonale pokazuje jej rozwój od czasów, gdy stała w chórkach za głównym wokalem Heather Findlay.
Olivia sprawia wrażenie osoby bardzo spokojnej, skupionej, wpatrzonej gdzieś w lewy górny punkt sali. Co ciekawe, zapowiedziała tylko jeden utwór, całą resztę kontaktu słownego z publicznością tradycyjnie przejął Bryan Josh.
Intymny charakter tej części podkreśliło „Back in These Arms” z albumu „Graveyard Star” (szkoda, że ten album reprezentowany był tylko przez jeden utwór). Następnie koncert znów nabrał przestrzeni dzięki „Into the Stars” z „White Rainbow”.
„Changing Lives” z „Sight of Day” wniosło dużo światła i nadziei, po czym zabrzmiało nieco bardziej „dyskotekowe” „When We Ran” z najnowszego albumu.
Drugi set zamknęło monumentalne „White Rainbow” — emocjonalna kulminacja z frywolnym zakończeniem, w którym klasyczna gitara odegrała główną rolę. Było to symboliczne domknięcie zasadniczej części koncertu. Publiczność zareagowała standing ovation, a zespół nie kazał na siebie długo czekać.
Encore
Bis rozpoczął się od kompozycji „Heroes Never Die” z albumu „For All We Shared”, która zabrzmiała jak muzyczne podsumowanie całego wieczoru.
Następnie muzycy założyli mikołajkowe czapeczki i zaprosili publiczność do świątecznej, niemal rodzinnej atmosfery, sięgając po trzy klasyczne covery:
„I Believe in Father Christmas” Grega Lake’a,
„A Spaceman Came Travelling” Chrisa de Burgha (w całości zaśpiewany przez Chrisa Johnsona) oraz „Fairytale of New York” zespołu The Pogues. Wszystko to idealnie wpisało się w przedświąteczny czas. Zespół zaprosił publiczność do wspólnego śpiewu, atmosfera była wyjątkowa i podniosła, dało się wyraźnie poczuć więź między zespołem a słuchaczami.
Koncert Mostly Autumn w Stables był pięknie zaplanowanym wydarzeniem, w którym nic nie było przypadkowe. Album „Seawater” stanowił fundament wieczoru — świetnie ilustrowany przez ekran za muzykami, prezentujący ruchome obrazy znane z książeczki dołączonej do płyty, a całość dopełniały kluczowe momenty z pozostałych albumów.
Gra poszczególnych muzyków była znakomita, a realizacja dźwięku bez zarzutu. O Olivii Sparnenn i Bryanie Joshu już wspominałem, ale szczególną uwagę zwrócił Andy Smith, grający na basie w niezwykle widowiskowy sposób — jakby przeniesiony prosto z lat siedemdziesiątych. Angela Gordon świetnie żonglowała fletami, klawiszami i śpiewem. Iain Jennings budował piękny nastrój, a jego wieloletnia współpraca z Joshem była wyraźnie wyczuwalna. Henry Rogers — perkusista z ogromnym doświadczeniem — grał z dystansem i klasą. No i wreszcie Chris Johnson — gitarzysta o bardzo oryginalnej barwie głosu, który doskonale wspierał cały zespół.
Mostly Autumn udowodnili, że są w szczytowej formie artystycznej — dojrzali, skupieni i niezwykle autentyczni. To był koncert wyjątkowy. Taki, którego po prostu nie da się zapomnieć.
