Quidam - Strong Together DVD+2CD

Maurycy Nowakowski,

ImageBardzo dobrze, że są jeszcze zespoły dla których sztuka zaczyna się już na okładce płyty, czy też w samej formie wydawnictwa. Quidam znajduje się w grupie artystów, której zależy na tym, aby muzyka była ładnie pakowana i wiadomo o tym nie od dziś. Już album „Alone Together” przyciągał i cieszył oko bardzo ładnym, klimatycznym obrazem Michała Florczaka (umiejscowione na wysypisku śmieci, odwrócone do siebie plecami „krześlaki” oryginalnie obrazowały samotność wśród ludzi). DVD „Strong Together”, które można traktować jako dopełnienie ostatniej płyty studyjnej, także zdobi ciekawy obrazek (tego samego autora) umiejętnie korespondujący z okładką „Alone Together”. Tu osamotnieni bohaterowie obrazu sprzed dwóch lat przenieśli się z szarego wysypiska na nieco bardziej optymistycznie oświetloną plażę, opuścili też swoje podniebne krzesła i wspólnymi siłami sprowadzają je do parteru za pomocą lin (lina marynarska jako symbol siły i współdziałania…? Dobry pomysł). Obwoluta niewątpliwe zachęca do sięgnięcia po „Strong Together”.

Na wydawnictwo składają się trzy dyski – dwie płyty audio i danie główne w postaci DVD. Na wszystkich płytkach umieszczono rejestrację koncertu Quidam z kwietnia 2009 roku (Konin, Oskard). Dodam, koncertu bardzo udanego. Setlistę zdominowały utwory z albumu „Alone Together”, którego zawartość została wykonana w całości. Oprócz tego grupa sięgnęła po kompozycje z „SurREvival”, kultowe, nieśmiertelne „Sanktuarium” i jak to ma w zwyczaju – po klika coverów.

Gwoździem programu jest tu oczywiście film koncertowy, co tu dużo gadać, zrealizowany bardzo dobrze, umiejętnie, ze smakiem i wyczuciem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dobrą robotę wykonali i kamerzyści (z notki wnioskuję, że było tam sześciu kamerzystów i jedna pani kamerzystka), a także montażyści. Oko widza obserwuje zawsze to, co najważniejsze na scenie. Podczas seansu ani przez moment nie miałem wrażenia, że widzę coś czego nie chcę widzieć, kosztem czegoś ciekawszego. Poza tym montażyści niewątpliwie wyczuli dynamikę koncertu, dzięki czemu obraz „nadąża” za wydarzeniami. Nie doświadczamy też niepotrzebnego chaosu i nerwowości, które sprawdzają się w przypadku niektórych zespołów (vide Porcupine Tree), a które do Quidam zwyczajnie nie pasują. Jest elegancko i ze smakiem, ale nie jest nudno. Uważny widz dostrzeże fajne smaczki i żarciki, jak eksponowanie gołych stóp skrzypaczki Tyldy Ciołkosz, która z charakterystycznie skrzyżowanymi nogami wytupuje rytm, czy zwolnioną powtórkę (niczym z meczu piłkarskiego) w której widzimy Bartka Kossowicza domagającego się od publiczności braw dla szyjącego solo Maćka Mellera. Niby drobiazgi, ale dzięki nim robi się jakoś tak bardziej „rodzinnie”, intymnie.

Jeśli chodzi o same wykonania to właściwie trudno tu cokolwiek wyróżnić. Dobrze się tego słucha w całości. Gdyby tak się mocniej uprzeć, wspomniałbym o dwóch utworach. Po pierwsze „One Day We Find” - ta bardzo mocna, jak na Quidam kompozycja, tu doczekała perfekcyjnego, pełnego iskier wykonania. Cuda dzieją się w siódmej minucie tegoż utworu, na scenę wkracza bowiem po raz pierwszy skrzypaczka Tylda Ciołkosz, by zagrać wraz z zespołem temat „Red” King Crimson. I co tu dużo mówić, udało im się wskrzesić dawne demony. „Ciary mam, kurcze” – powiedział po tym wykonaniu Bartek Kossowicz. Na pewno nie on jeden. Drugim kawałkiem, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie jest „Of Illusions”. Jak dla mnie utwór kompletny i chyba ulubiony na ostatniej płycie. Na żywo zyskał nowego wymiaru za sprawą rozimprowizowanej, pełnej świetnych solówek części środkowej. Za to co Jacek Zasada zrobił dla tej piosenki w siódmej minucie powinni go ozłocić (proszę zwrócić uwagę na jego marsz w miejscu, niczym legendarny Flecista z Hameln – to się nazywa feeling!). A to właściwie dopiero początek emocji, bo po popisie Zasady, dynamiczne solówki funduje sekcja – Maciek Wróblewski i na koniec, jak zwykle ekspresyjny Mariusz Ziółkowski. Demony zbudzone po raz drugi!

Ten koncert dużo mówi o zespole i jego aktualnej formie. Quidam to znów organizm kompletny. Płyta „Alone Together” i koncerty ją promujące niewątpliwie scementowały zespół. Tu niczego nie brakuje – jest trzech świetnych melodyków klasy światowej (Meller, Florek i Zasada), bardzo mocna sekcja rytmiczna (Wróblewski, Ziółkowski). W centrum tej sprawnej maszynerii znajduje się Bartek Kossowicz, który nie dość, że coraz lepiej i pewniej śpiewa, to jeszcze ma całkiem przyzwoity kontakt z publicznością. W Koninie tę podstawową szóstkę wspomogli gościnnie - wspomniana już wyżej Tylda Ciołkosz i saksofonista Piotr Rogóż. Oboje wyraźnie zaznaczyli swoją obecność ciekawymi partiami, a powiedzieć o Tyldzie, że zrobiła dużo dobrego dla całego koncertu, to nic nie powiedzieć. Wypada tylko mieć nadzieję, że Quidamowcy będą kontynuować współpracę z tą nieprzeciętnie utalentowaną skrzypaczką.

Jeszcze słówko o atmosferze. Koniński Oskard to niewielki obiekt, dobry na kameralne, artrockowe koncerty. Progresywna publiczność do specjalnie energetycznych nigdy nie należała, tak więc wielkich fajerwerków ze strony widowni tu być nie mogło. Nie znaczy to jednak, że mamy do czynienia z typowo siedzącym koncertem dla panów pod krawatami. Kilkukrotnie udało się Kossowiczowi namówić ludzi do śpiewu, a od pewnego momentu widać, że publiczność z kilku pierwszych rzędów wstała z miejsc i przeżywa występ na stojąco. Było więc trochę tych stricte rockowych iskier.

„Strong Together” to wydawnictwo wysokiej klasy. To nie jest rzecz tylko dla fanów rocka progresywnego, polskiego rocka, art rocka, czy jaką by tu jeszcze szufladkę przywołać. To zdecydowanie jazda obowiązkowa dla każdego fana ambitnej muzyki w ogóle.
MLWZ album na 15-lecie