Anyone's Daughter - Anyone's Daughter

Artur Chachlowski,

ImageAnyone’s Daughter to jedna z najbardziej znanych niemieckich grup wpisujących się w nurt progresywnego rocka. Swoją działalność rozpoczęła w 1978 roku w Stuttgarcie, a jej założycielami było czterech, wówczas ledwie 19-letnich młodzieńców: Harald Bareth (v, bg), Uwe Karpa (g), Kono Konopik (dr) i Matthias Ulmer (k). Zadebiutowali albumem „Adonis” (1979) i wyruszyli w długie, liczące ponad 150 koncertów, tournee. Latem 1980 roku wkroczyli do studia, by zarejestrować swój drugi album. Sesja zaowocowała dość przystępnym materiałem utrzymanym w artrockowej stylistyce, a co najważniejsze zespołowi udało się skomponować przebój („Moria”), który podbił wszystkie niemieckie listy przebojów. Pomogło to płycie, która zatytułowana po prostu „Anyone’s Daughter” do dziś pozostaje muzyczną wizytówką tej grupy i często to właśnie poprzez jej pryzmat patrzy się na dorobek tej formacji. Do międzynarodowej sławy przyczynił się też zapewne fakt, że utwory wykonywane były w języku angielskim. Na kolejnych płytach już tak nie było i zapewne dlatego znane są one głównie na rynku niemieckim. A szkoda, bo na przykład przepełniony narracjami i niesamowitymi interakcjami pomiędzy muzyką, a słowem mówionym, oparty na baśniowej opowieści autorstwa Hermanna Hesse, wydany w 1981 roku koncept album „Piktors Verwandlungen” to rzecz o nieczęsto spotykanej wręcz urodzie.

Wróćmy jednak do płyty „Anyone’s Daughter”. Pierwotnie wydana na winylu w 1980 roku przez wytwórnię Spiegelei/Intercord doczekała się kompaktowej reedycji w 1993 roku przez firmę WMMS (tę samą, która wydawała kolejne płyty włoskiej grupy Asgard), a w czasach już bardziej nam bliskim została wznowiona przez wytwórnię Tempus Fugit jako winylowy picture disc. Najnowsze, omawiane dziś przeze mnie wydanie, jest częścią serii edytorialnej Tempus Fugit, która wypuściła na rynek cztery wczesne płyty tego zespołu („Anyone’s Daughter”, „In Blau”, „Neue Sterne” i „Live”) poddając je nowemu, przystosowanemu do współczesnych wymogów audiofilskich masteringowi, a także wzbogaciła je dodatkowymi nagraniami w wersji live. W tym przypadku, jako bonusy, otrzymaliśmy utwory „Superman”, „Between The Room” i „Sundance Of The Haute Provence” zarejestrowane na żywo w trakcie koncertów we Frankenbach i Baden-Baden w 1990 roku. Całości nadano spójną, bardzo ładną szatę graficzną, a wewnątrz książeczki obok tekstów i archiwalnych fotografii z tamtej epoki umieszczono tzw. „liner-notes”, w których autor, Stefan Oswald, przypomina historię zespołu oraz kontekst, w którym powstawał ten album.

Trzeba wiedzieć, że powtórzenie sukcesu debiutanckiej płyty dla tak młodego zespołu, jakim był wtedy Anyone’s Daughter, nie było sprawą łatwą. Iluż to młodych wykonawców przejechało się na tzw. „syndromie drugiej płyty”. Na szczęście w przypadku naszych bohaterów mieliśmy do czynienia ze stałym wzrostem poziomu artystycznego oraz, co nie zawsze idzie w parze, z coraz cieplejszym przyjęciem ze strony krytyków i publiczności. Siłą albumu „Anyone’s Daughter” była (i do dziś jest) niezwykła wręcz przystępność wypełniającego go materiału. Większość wypełniających go piosenek ubranych jest w czterominutowe ramy i obdarzonych jest chwytliwymi, łatwymi do zapamiętania melodiami. Najlepszym tego przykładem może być wspomniany już wcześniej hit w postaci utworu „Moria”, którego tekst oparty jest na prozie Tolkiena. W połączeniu z romantyczną, a przy tym chwytliwą melodią, skazany był na sukces. Nie wiem kto kim się inspirował, ale „Moria” swoim klimatem i stylem, w którym utrzymana jest główna linia melodyczna, do złudzenia przypomina mi „Maraton rockowy” naszego RSC (choć chyba jest odwrotnie; wszak „Moria” ujrzała światło dzienne o dwa lata wcześniej niż pamiętny przebój pochodzącej z Rzeszowa grupy). Innym przykładem dobrej kompozytorsko-wykonawczej roboty może być ballada „Sundance Of The Haute Provence”, w której głosowi śpiewającego Haralda Baretha towarzyszą jedynie dźwięki wygrywane na syntezatorze. Podobny zabieg zastosowany jest we wstępie do „Enlightment”, ale w tym przypadku po pewnym czasie do akcji wkracza „łkająca” gitara i utwór z minuty na minutę nabiera potężnej wręcz mocy. Mocnym punktem programu płyty jest też ówczesny koncertowy faworyt w postaci kompozycji „Swedish Nights”, który efektownie rozpoczyna to wydawnictwo. W programie płyty znalazło się miejsce na zaledwie jeden epik. Jest nim utwór „Another Day Like Superman”, który wraz z poprzedzającym go numerem „Superman” tworzy nierozerwalną, nie tylko tematycznie (podmiot liryczny, uważany przez zwoje otoczenie za superbohatera, cierpi z powodu samotności), ale i muzycznie, utrzymaną w camelowskim stylu, całość.

Na uwagę zasługuje jeszcze półtoraminutowa instrumentalna miniatura „Azimuth” poprzedzająca zamykające płytę nagranie „Between The Rooms”. To dobry koniec tego bardzo dobrego albumu. To bez wątpienia album historyczny. Będący kamieniem milowym w historii niemieckiego art rocka. I choć unosi się nad nim duch rozpoczynających się lat 80., choć spowodowany przez punkrockową rewolucję format poszczególnych utworów znacznie się skurczył, to te 40 minut muzyki (plus kwadrans bonusowych koncertówek) stanowi spójne, przystępne, a co najważniejsze, utrzymane na dobrym, wysokim poziomie, muzyczne dzieło, ukazujące nieprzeciętny talent tego wówczas młodego, a dziś już legendarnego zespołu. 

MLWZ album na 15-lecie