Hackett, Steve - Guitar Noir

Przemysław Stochmal,

ImageSporo czasu minęło od poprzedniej premierowej studyjnej płyty Steve’a Hacketta, nagranej w pełnym rockowym składzie; aktywność wydawnicza gitarzysty pomiędzy „Till We Have Faces” (1984) a „Guitar Noir” (1993) była jednak niemała. Pojawił się kolejny album z muzyką na gitarę klasyczną, płyta nagrana z formacją GTR, światło dzienne ujrzały również podsumowania dotychczasowej kariery artysty w postaci pierwszej płyty live, koncertowego wydawnictwa video oraz pozycji o charakterze kompilacyjnym.

W nową dekadę Hackett-kompozytor wszedł więc nieco spóźniony, za to w zdecydowanie udanym stylu. Nowa propozycja gitarzysty na tle wcześniejszych jego dokonań brzmi bardzo świeżo i nowocześnie, nie przywołując przy tym bezpośrednich skojarzeń z żadną wcześniejszą pozycją z jego dyskografii. Mało tego, gdzieniegdzie całkiem swobodnie i udanie zdaje się wpisywać w modne i popularne wówczas trendy, przywołując na myśl klimaty właściwe takim wykonawcom, jak Sting („Take These Pearls”, „There Are Many Sides To The Night”) czy Toto („Little America”). Hackett wciąż potrafi być oniryczny, jak i drapieżny, choć jego romantyczne skłonności dochodzą tu do głosu częściej. Co ciekawe, gitara klasyczna, do tej pory wyróżniająca raczej pojedyncze utwory, często ascetyczne miniatury, tutaj śmiało koreluje z brzmieniami elektrycznymi, nawet w obrębie tej samej kompozycji. Rozmiłowanie się gitarzysty w muzyce akustycznej wyraźnie wpłynęło na zakres wykorzystania tego typu brzmień na płycie rockowej – faktycznie, ich proporcje w stosunku do rockowych brzmień, stały się bardziej sprawiedliwe, choć pod tym względem dość wyjątkowo przedstawia się amerykańskie wydanie albumu (posiadające o dziwo zupełnie inną konfigurację utworów niż na brytyjskim odpowiedniku), w którym większość nagrań z dominującą gitarą akustyczną skumulowano w drugiej, wyraźnie w związku z tym delikatniejszej połowie albumu. Tej subtelniejszej strony muzyki gitarzysty tutaj jednak nie da się traktować jako próby przedłużenia akustycznego trendu obecnego na niemal każdej wcześniejszej płycie (a definiującego w całości albumy „Bay of Kings” i „Momentum”) również z pewnego pozornie prozaicznego względu – na „Guitar Noir” ani przez chwilę nie słychać bowiem fletu, którego brzmienie ewidentnie ustalało styl „akustycznego Hacketta” na wcześniejszych płytach.

Poza płaską, niedługą gitarowo-fortepianową kodą autorstwa klawiszowca Arona Friedmana, cała płyta utrzymuje bardzo równy, wysoki poziom, mimo że skłonności gitarzysty do eksplorowania przeróżnych muzycznych klimatów, również i na „Guitar Noir” są wyraźnie eksponowane. Muzyka Steve’a Hacketta A.D. 1993 jest już na tyle dojrzała i okrzepła, że zamiłowanie do eklektyzmu i odwaga w stawianiu obok siebie choćby takich wpływów, jak blues, swing czy muzyka etniczna, dają bezpretensjonalny efekt. „Guitar Noir” przedstawia Hacketta jako absolutnie pewnego siebie kompozytora, nie poprzestającego na samym wynajdywaniu ciekawych inspiracji, ale chętnie i odważnie je penetrującego. To płyta pełna dobrych i ciekawie rozwiązanych pomysłów, pełna znakomitych nagrań. Zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów w całej dyskografii gitarzysty.

MLWZ album na 15-lecie