Hackett, John + Hackett, Steve - Sketches Of Satie

Przemysław Stochmal,

ImagePrzed pojawieniem się na rynku albumu “Sketches of Satie” (2000), Steve Hackett wydał trzy albumy na gitarę klasyczną. Choć na każdym z nich obok gitary pojawiał się również inny akcent (flet, orkiestracje, delikatny syntezator), to zasada zawsze pozostawała ta sama – instrument Hacketta jest dominującym, a wszystko poza nim w kontekście całego albumu stanowi tło, ozdobnik, uzupełnienie. W końcu pojawił się pomysł wydania płyty będącej wspólnym dziełem Steve’a Hacketta i jego grającego na flecie brata Johna, na której proporcja ról ich instrumentów będzie odmienna aniżeli dotychczas.

Instrumentaliści, postanowiwszy sięgnąć do cudzych kompozycji, na warsztat wzięli muzykę francuskiego kompozytora, Erika Satie. Dźwięki znane im już od młodych lat były jednak dość wymagające, a przearanżowanie muzyki fortepianowej na gitarę i flet nie stanowiło zadania najprostszego z możliwych. Próba sprostania temu wyzwaniu i praca z dbałością o perfekcję harmonii i idealną czystość dźwięku trwały długie miesiące.

Powstał album niezwykłej urody, przepiękny kameralny duet, w którym rolę dominującą odgrywa wyśpiewujący subtelne melodie Erika Satie flet Johna Hacketta. Poza kilkoma minutami gitarowego monologu umiejscowionego w centralnym punkcie albumu, Steve Hackett pełni tu raczej drugoplanową rolę. Czy to delikatnymi uderzeniami strun buduje ażurową rytmiczną konstrukcję dla melodii na flet, czy to jak gdyby schowany za plecami brata tka zadziwiająco w tej ascetycznej muzyce skomplikowane układy nut, czy też gdzieniegdzie pogrywa unisono z towarzyszącym fletem – wszędzie brzmi perfekcyjnie i krystalicznie. Czego zresztą nie wypada przemilczać również i w przypadku występu Johna Hacketta.

Założenia Satie, według którego muzyka nie powinna specjalnie angażować i absorbować odbiorcy, ale jej zadaniem jest tworzenie nastroju i kojenie umysłu swoim minimalistycznym i swobodnym nurtem, bracia Hackett spełnili na tym albumie w pełni. Powstało dzieło równie piękne i poetyckie, co cudownie odprężające. A przy tym perfekcyjnie zagrane i wyprodukowane. To najbardziej łagodna i subtelna z wszystkich akustycznych propozycji Steve’a Hacketta.

MLWZ album na 15-lecie