Deep Purple - Bananas

Tomasz Kudelski,

ImageCzy można sobie wyobrazić Deep Purple bez Jona Lorda? Jego solowa płyta „Pictures Within”, a następnie entuzjastyczne przyjęcie ponownego wykonania „Concerto For Group And Orchestra” musiało uzmysłowić Lordowi, że jego przeznaczeniem nie musi być granie „Smoke On The Water” do końca swoich dni, ale najwyższa już pora na realizację własnych solowych aspiracji.  Prośby klawiszowca o ograniczenie liczby koncertów Deep Purple nie znalazły zrozumienia ani u managementu, ani u Gillana, który, jak wiadomo, ma naturę nomada.  Dochody ze sprzedaży płyt drastycznie malały, inaczej niż frekwencja na koncertach granych po całym świecie za naprawdę sowite gaże.

Tak więc, gdy kontuzja kolana wyłączyła Lorda z jesiennej niemieckiej trasy w 2001r., okazało się, że istnieje dla niego życie bez Deep Purple, a Don Airey za Hammondem radzi sobie na koncertach bez zarzutu.  Co ciekawe, ostateczne odejście Jona Lorda z zespołu było pierwszą polubowną i pozbawioną perturbacji zmianą personalną w historii Deep Purple.

Zespół w nowym składzie ze zdwojona energią przystąpił do pracy na płytą, a album o kuriozalnym tytule „Bananas” ukazał się jesienią 2003 roku. Roger Glover na własną prośbę pożegnał się z funkcją nadwornego producenta i inżyniera dźwięku Deep Purple. Na jego miejsce został zatrudniony amerykański producent Michael Bradford, znany ze wcześniejszej współpracy z Kid Rockiem oraz incydentu z Madonną. No i w efekcie „Bananas” okazało się całkiem przyzwoitym albumem, a na tle poprzedniego „Abandon” nawet bardzo dobrym.

Na pewno najwięcej obaw budziła postawa Dona Aireya.  To muzyk wielce utalentowany i klasycznie wykształcony. W zasadzie usłyszeć go można na płytach wszystkich ważnych brytyjskich zespołów rockowych oprócz Led Zeppelin. Debiutował w zespole Cozy Powella i tak jak on był muzykiem na wpół sesyjnym, chętnie udostepniającym swoje umiejętności (łącznie z sukcesami na Festiwalu Eurowizji) różnym projektom i przedsięwzięciom. Black Sabbath, Raibow, Ozzy Osbourne, Jethro Tull, Whitesnake, Saxon, Judas Priest, Bruce Dickinson, Gary Moore – to tylko te ważniejsze z muzycznych „przystanków” w karierze Dona Aireya. Fakt, że w żadnym zespole nie zagrzał na dłużej miejsca powodował, że nie uzyskał on nigdy statusu muzyka kultowego, pozostając w cieniu takich legend, jak Lord, Emerson czy Wakeman.  W konsekwencji trudno było mu również wypracować rozpoznawalny styl, bo zazwyczaj to on musiał się dostosowywać do stylistyki danego zespołu.  Niewątpliwie jednak wyróżnia go upodobanie do bardziej elektronicznych i syntezatorowych brzmień, a w historii muzyki zapisze się on na pewno jako autor monumentalnego intro do utworu „Mr. Crowley” Ozzy’ego Osbourna.

Ci, którzy słyszeli jego grę na pierwszych koncertach w składzie Deep Purple podkreślali łatwość, z jaką odtwarzał on partie Lorda, korzystając zresztą z jego organów Hammonda. Czasami tylko wzbogacał on linie melodyczne elementami syntezatorowymi, które nie były jednak zbyt nachalne. Tylko w improwizowanych partiach solowych pozwalał sobie na trochę festyniarskie popisy na bazie muzyki do „Gwiezdnych Wojen”.

Za namową producenta zespół postawił na „Bananas” na lżejsze, krótsze i bardziej klasyczne rockowe formy, choć stylistycznych niespodzianek też nie zabrakło. Dla mnie płyta „Bananas” przejdzie do historii przede wszystkim dzięki trzem wyśmienitym kompozycjom, które nie mają wiele wspólnego z klasycznym stylem Deep Purple.

Pierwsza to „Never A Word” - przepiękna folkowa ballada oparta na wyśmienitej grze Aireya i Morse’a ze zjawiskową partią wokalną Gillana. Utwór ma tylko jedną zasadniczą wadę: jest w zasadzie trzyminutową miniaturą, której potencjału zespół chyba trochę nie wykorzystał i nie rozwinął.

Druga to niemalże przebojowe „Doing It Tonight” - nagranie, które „kradnie” Gillan swoim wyśmienitym wokalem i błyskotliwym, mocno seksualnym teksem. Aż dziw bierze, że panowie nie zdecydowali się promować płyty tym właśnie utworem.

Trzeci utwór to gitarowa miniatura „Contact Lost”. Skomponowana w hołdzie dla ofiar katastrofy promu kosmicznego Columbia, która miała miejsce 1 lutego 2003 roku. Uczestniczką feralnej ekspedycji STS 107 była astronautka Kalpana Chawla - fanka zespołu, która zabrała na pokład wahadłowca płyty „Machine Head”, „Purpendicular” oraz „Down To Earth” grupy Rainbow i pozostawała w stałym kontakcie z zespołem nagrywającym w tym czasie płytę na Florydzie. Szczątki płyt wydobyte z wraku promu zostały przekazane Deep Purple przez męża astronautki na specjalnej uroczystości przygotowanej przez NASA dla upamiętnienia ofiar tej katastrofy.

Na uwagę zasługują również bardziej rockowe kompozycje.  Świetnie wypada ciężkie i mroczne „Sun Goes Down”, gdzie Don Airey pokazuje, że jest w stanie zmierzyć się z legendą Jona Lorda.  Dobrze wypada też „Silver Tongue”, przy czym partia wokalna Gillana jak dla mnie zbyt mocno powiela jego wcześniejsze dokonania z płyty „Accidentially On Purpose”. Na płycie znajdują się również dwie kompozycje powstałe podczas wcześniejszych sesji z Jonem Lordem: „I Got Your Number” oraz „Picture Of Innocence”, które odstają trochę stylistycznie od pozostałych utworów, mając o wiele bardziej złożoną strukturę.

Zaletą płyty „Bananas” jest fakt, że nie ma na niej utworów ewidentnie złych, a kompozycje są zróżnicowane i nie wymęczone. Nawet proste piosenki, jak otwierająca płytę „House Of Pai”, „Razzle Dazzle” czy spokojna ballada „Walk On”, wypadają co najmniej poprawnie.

Z niewiadomych przyczyn na utwór promujący album na singlu wybrano kolejną balladę – „Haunted”, wzbogaconą o partie wiolonczeli oraz chórek w wykonaniu Beth Hart, znanej choćby ostatnio ze współpracy z Joe Bonamassą. Byłaby to fajna „pościelowa”, gdyby nie zbyt forsowny śpiew Gillana, który całkowicie burzy romantyczny efekt. 

Warto również w przypadku tej płyty zwrócić uwagę na ironiczne, ale zaangażowane społecznie teksty Gillana. Zresztą sam tytuł płyty był formą sprzeciwu przeciwko regulacjom Unii Europejskiej, które eliminują z rynku małe, ale przepyszne banany rosnące w krajach Trzeciego Świata. A refren w „Picture Of Innocence” to prawdziwy gillanowy klasyk:

No deals no strokes

No forbidden fruit

No holy smoke

What next no sex It is the end of the road

we got no hope.

Okazało się, że zastąpienie na płycie Jona Lorda było prostsze niż można było się tego spodziewać. Don Airey pozostał zasadniczo wierny organom Hammonda. W każdym razie zmiana nie była brzmieniowo aż tak rewolucyjna, jak w przypadku wcześniejszej zmiany gitarzysty. Płyta „Bananas” uzyskała znacznie lepsze wyniki na listach sprzedaży niż dwie poprzednie produkcje zespołu, co więcej jednak mówiło o zmianie muzycznych trendów, niż o wartości samej płyty czy sukcesach w jej promocji, ponieważ pod tym względem zespół coraz bardziej oddalał się od mainstreamu, a próby wzbudzenia zainteresowania zespołem w USA zakończyły się niepowodzeniem.

Na koncertach, patrząc od strony czysto artystycznej, nie było już tak różowo. Zespół postawił na krótkie formy i wyrzucił z repertuaru wszystkie długie kompozycje, a niektóre wykonywał w mocno skróconych formach.  Improwizacje, które były istotną składową brzmienia zespołu zostały w zasadzie wyeliminowane.  Don Airey, który na płycie radził sobie wyśmienicie, na koncertach mógł irytować pewną powtarzalnością i mechanicznością swej gry.  To co przeszkadzało bardziej wtajemniczonym fanom, nie miało specjalnego jednak znaczenia dla masowej widowni, która entuzjastycznie przyjmowała nowy show zespołu. Tak długo jak frekwencja na koncertach dopisywała, byt zespołu był niczym nie zagrożony.

MLWZ album na 15-lecie