Deep Purple - Rapture Of The Deep

Tomasz Kudelski,

ImageAlbum Bananas okazał się na tyle udany, że zespół ponownie postanowił skorzystać z producenckich usług Michaela Bradforda.  Współpraca posunęła się tak daleko, że część nagrań odbyła się w jego domowym studio w piwnicy jego domu.

Nie wszystko musiało przebiegać doskonale, ponieważ po Bananas zespół rozstał się z firmą EMI, która posiada prawa do całego historycznego katalogu płyt Deep Purple do roku 1976. Powodem rozstania z EMI, według zespołu, był brak zaangażowania wytwórni w promocję płyty. Fakt, że EMI przechodziła w tym okresie głęboką restrukturyzację i likwidowała kontrakty mniej dochodowych artystów mógł mieć jednak również znaczenie.

Ostatecznie Deep Purple nawiązało współpracę z niemiecką niezależną wytwórnią Edel, która stworzyła dosyć silną stajnię z różnych rockowych dinozaurów i nie tylko (ostatnio szeregi Edel Records występującej w Europie pod brandem Ear Music zasiliła nasza Coma).   

Płyta Rapture of the Deep wydana została 1 listopada 2005 r. i zbierała mieszane recenzje. Zespół entuzjastycznie wypowiadał się o nowej płycie twierdząc, zresztą jak zawsze przy takich okazjach, że jest to ich najlepszy album od bardzo dawna. Główne zarzuty wobec płyty dotyczyły słabego, niemalże garażowego brzmienia.  Faktycznie, płyta w tym zakresie nie powala, ale osobiście nie słyszę jakiejś jakościowej różnicy w stosunku do wcześniejszego Bananas.  Musiało jednak być coś na rzeczy skoro zespół zakończył współpracę z Bradfordem, a w przypadku najnowszej płyty Now What?! zwrócił się do legendarnego producenta Boba Ezrina.

Ja uważam Rapture of the Deep za płytę udaną. Stawiam ją w swoim prywatnym rankingu nawet chyba trochę wyżej niż Bananas. Rapture of the Deep – tytuł oznacza niebezpieczny stan upojenia wywołany niedotlenieniem mózgu podczas nurkowania - to powrót do grania bardziej na serio. Płytę otwiera jazgoczące intro do Money Talks na przesterowanym Hammondzie. Don Airey daje znać, że nie jest już tylko „zastępcą” Jona Lorda. I to rzeczywiście jego gra jest kluczem do jej artystycznego sukcesu.

Najlepiej wypada chyba kompozycja tytułowa oparta na orientalnym riffie Aireya nawiązująca klimatem do Perfect Strangers. Ta wielopłaszczyznowa gra Dona Aireya w tym utworze oraz uduchowiony śpiew Gillana stanowią o sile tej kompozycji. Kolejny wybitny utwór to niemalże progresywne, kończące płytę Before Time Began o antywojennym przesłaniu.

Kolejna perełka to ballada Clearly Quite Absurd. W partii gitary słychać wprawdzie silne nawiązania do Sometimes I Feel Like Screaming, ale już jej część środkowa z ciekawym motywem Morse’a i solówką Aireya to purpurowe wyżyny.

Kiss Tommorow Goodbye to tradycyjny purpurowy ścigacz tym razem wokalnie nawiązujący do twórczości Gillana z płyty Toolbox. Do pełni szczęścia w tym utworze brakuje tylko trochę bardziej dynamicznej gry Iana Paice’a.

Z utworów mocno nietypowych na płycie najlepiej wypada MTV - kompozycja będąca prześmiewczą krytyką amerykańskich stacji radiowych prezentujących tzw. klasyczny rock. 

Gillan jako autor tekstów nie zawodzi: 

Mr. Grover’n’Mr. Gillian

you musta made a milion

The night that Frank Zappa cought on fire.

Ten fragment MTV przemawia w zasadzie sam za siebie. Mój ulubiony tekst na płycie pochodzi jednak z Kiss Tommorow Goodbye:

 Yes I piss in the water and burn down the trees

I watch as the creatures fall to their knees.

Nawet słabsze kompozycje niż powyżej wymienione mają coś do zaoferowania i nie zbliżają się do słabego poziomu płyty Abandon, no może z wyjątkiem miałkiego Girls Like That. Money Talks urzeka fajnym refrenem, Wrong Man mocnym riffem, a Don’t Let Go cieszy niewymuszonym rockandrollowym swingiem. Steve Morse gra w miarę stonowane rzeczy (jak na siebie), choć specjalnie nie błyszczy, ale już solówki Aireya są tu po prostu klasą samą dla siebie. Czy to będzie syntezator Mooga  w Back To Back, pianino w Don’t Let Go i Junkyard Blues czy Hammond w Rapture of the Deep i Before Time Began, wszędzie pianista spisuje się doprawdy znakomicie.

Warto również zwrócić uwagę na utwór, który pierwotnie pojawił się tylko na japońskim wydaniu płyty. Things I Never Said to kolejna próba zmierzenia się legendą Lazy. Najlepsza część utworu to bez wątpienia barokowe solo Aireya.  Co więcej, utwór ten trafił też do regularnej koncertowej setlisty.

Płyta Rapture of the Deep ukazała się w Europie w trzech wersjach. I na wiernych fanach wytwórnia postanowiła sobie dwukrotnie zarobić. Pierwotnie pojawiła się w sklepach wersja standardowa oraz wersja tzw. limitowana w blaszanym pudełku zawierająca dodatkowy utwór MTV. Na wiosnę 2006r. w związku z europejską trasą koncertową pojawiła się dodatkowo dwupłytowa wersja tour edition, która zawierała już wszystko, tj. album w wersji limitowanej europejskiej wraz z MTV oraz na drugim krążku dodatkowo Things I Never Said, Clearly Quite Absurd (w ugładzonej i słabej wersji), Well Dressed Guitar (wersja studyjna) oraz kilka słabo brzmiących utworów koncertowych nagranych w Hard Rock Cafe w Londynie w październiku 2005r.

Oprócz Things I Never Said wersję tour edition warto posiadać właśnie ze względu na historyczną wartość utworu Well Dressed Guitar. Ta instrumentalna kompozycja Morse’a powstała w trakcie trasy z orkiestrą w 2000r. i wtedy trafiła też do koncertowego repertuaru zespołu z orkiestracją Jona Lorda. Pozostaje zresztą w nim do dziś, a szalone popisy Morse’a wywołują duży entuzjazm publiczności. Ten mocno barokowy kawałek (sam tytuł zresztą nawiązuje do Well temper clavier J.S. Bacha) najlepiej sprawdzał się z towarzyszeniem orkiestry. Wersja studyjna (powstała w trakcie sesji do Bananas), gdzie całą orkiestrę zastępuje syntezatorem Don Airey, już takiego wrażenia nie robi. 

Trasa koncertowa Rapture of the Deep Tour wystartowała 17 stycznia 2006r. w londyńskiej sali Astoria. Koncert ten przejdzie chyba do historii jako jedyny w karierze zespołu, gdzie zdecydowaną większość repertuaru stanowiły utwory z okresu ze Stevem Morsem.  Deep Purple zaprezentowało wtedy 7 utworów z Rapture of the Deep, dwa utwory z Purpendicular oraz dwie instrumentalne kompozycje Morse’a. W setliście pojawił się też nigdy wcześniej nie grany utwór Living Wreck z In Rock.

Niestety, czym trasa Rapture of the Deep trwała dłużej, tym coraz więcej nowych utworów wypadało z repertuaru. Najdłużej przetrwało tytułowe Rapture of the Deep. W istocie jednak od około 2010r. na swoich koncertach Deep Purple prezentuje klasyczne the best of, gdzie epokę ze Stevem Morsem reprezentują wyłącznie instrumentalne kompozycje Contact Lost oraz Well Dressed Guitar. Od dłuższego czasu ta praktyka koncertowa Deep Purple jest przedmiotem krytyki ze strony najbardziej zagorzałych fanów. Niestety, ze strony zespołu wygląda to tak, że gra on to, czego oczekuje większość słuchaczy, a oni w swojej masie przywiązani są przede wszystkim do utworów klasycznego składu Deep Purple z lat 70.

Na marginesie trzeba przyznać, że Deep Purple regularnie odświeża repertuar utworami rzadko lub nigdy nie granymi na żywo. I tak w secie koncertowym pojawiały się utwory z płyty Perfect Strangers: Not Responsible oraz Wasted Sunset, Hard Loving Man czy Living Wreck z In Rock czy pełna wersja The Mule z Fireball. Od pewnego czasu stałym elementem koncertowym jest również The Battle Rages On.

Większe zmiany w repertuarze koncertowym zespołu pojawią się zapewne dopiero po premierze albumu Now What?!, która nastąpi już za chwilę...

MLWZ album na 15-lecie