McCartney, Paul - McCartney

Paweł Świrek,

ImageDebiutancki solowy album Paula McCartneya ukazał się w szczególnym momencie. Po pierwsze jego premiera (17 kwietnia 1970 roku) miała miejsce tydzień po oficjalnym oświadczeniu Paula o opuszczeniu The Beatles, a po drugie – pojawił się on niemalże równolegle z ostatnim albumem tego zespołu („Let It Be”). Dla tych, którzy liczyli na kompozycje w stylu The Beatles album ten mógł być sporym rozczarowaniem, gdyż tak naprawdę niewiele miał wspólnego z twórczością legendarnej Czwórki z Liverpoolu. Była to raczej zbieranina szkiców i pomysłów, głównie pisanych „do szuflady”.  

Płytę wypełniają spokojne kompozycje nagrane u Paula w domu na czterościeżkowym magnetofonie wypożyczonym z EMI. Jak się dobrze w płytę wsłuchać, to można usłyszeć w tle odgłosy domowego życia rodziny McCartney’ów. Paul zagrał na wszystkich instrumentach (m.in. gitara, bas, pianino, mellotron, organy, perkusja!). Płytę rozpoczyna krótki psychodeliczny wstęp zatytułowany „The Lovely Linda” – jak sugeruje tytuł, utwór ten Paul zadedykował swej ukochanej żonie. Ta kilkudziesięciosekundowa kompozycja przechodzi w całkowicie kontrastującą z nią  „That Would Be Something”. Kompozycja ta brzmi niemalże  jak niedokończone demo. „Valentine Day” to krótka instrumentalna kompozycja z całkiem niezłymi solówkami gitarowymi. Szkoda tylko, że gdy ostatnia solówka rozwija się, następuje szybkie wyciszenie utworu. Pomysł trochę niedopracowany.  Lepiej sprawa się ma z „Every Night”. Tu mamy już pełnowartościową  piosenkę z wokalem i pełnym instrumentarium. Kolejną ciekawostką jest minisuita „Hot As Sun / Glasses”. Pierwsza część to upalna, wręcz słoneczna kompozycja, w sam raz na taką pogodę, jaką mamy w chwili, gdy piszę te słowa (na zewnątrz jest +35st. C!). Te słoneczne brzmienia po chwili przechodzą w dziwne, kojarzące się z ambientem dźwięki zagrane na… brzegach szklanek. Na końcu tej minisuity znajduje się krótka, kilkusekundowa kompozycja „Suicide”, będąca jedynie dośpiewaną krótką frazą do tej całości.

Z kolei „Junk” brzmi już jak typowo beatlesowska kompozycja. Ostatnie przymiarki do niej miały miejsce podczas nagrywania „Abbey Road”. Pod koniec płyty znaleźć można także instrumentalną wersję tego utworu – „Singalong Junk”, w której wokal zastąpiono mellotronem. „Man We Was Lonely” również może się kojarzyć z The Beatles,  podobnie jak „Oo You” (który trochę przypomina „Come Together”, w bardzo surowej i niedopracowanej jeszcze wersji). Trochę mogą razić brzmienia perkusyjne (strasznie głucho brzmią bębny) i trochę niedopracowane, chwilami wręcz wymęczone wokale. Pod sam koniec utworu słychać w tle jakieś dziwne głosy, których zresztą nie brakuje na całej płycie. Natomiast „Momma Miss America” to prawdziwie porywająca kompozycja. Może się podobać nawet teraz, po 43 latach od dnia premiery płyty. „Teddy Boy” to również kompozycja powstała za czasów The Beatles, lecz niezbyt pasująca do twórczości tego zespołu. W tle można usłyszeć wokalizy Lindy McCartney, notabene jedynej osoby, oprócz Paula, którą można usłyszeć na tym albumie. „Maybe I’m Amazed” to najsłynniejsza kompozycja z tej płyty, wydana na singlu dopiero 7 lat po premierze albumu, lecz w wersji koncertowej. Ta kompozycja również może się kojarzyć z The Beatles. Warto wspomnieć, iż inny mix tej kompozycji można usłyszeć na płycie „Twin Peaks”. Całość kończy instrumentalna, nieco skomplikowana kompozycja „Kreen-Akrore”. Przez większość tego utworu słychać wyłącznie perkusję.

Pomimo iż album jest muzycznie bardzo nierówny i nagrywany poniekąd z nudów, udało mu się zdobyć 1. miejsce w Stanach Zjednoczonych i 2. miejsce w Wielkiej Brytanii (album nie przeskoczył tylko przebojowej płyty „Bridge Over Troubled Water” duetu Simon And Garfunkel), szybko zyskując tytuł platynowej płyty. Jak na debiut solowy jest to znakomite osiągnięcie, szczególnie taką, było nie było, dość chaotyczną i niedopracowaną pod wieloma względami płytą. Zapewne dlatego, że za stołem mikserskim brakło George’a Martina. Ale to był dopiero początek wielkiej solowej kariery Paula McCartneya. Na przestrzeni następnych 40 lat artysta ten zadziwił świat jeszcze wielokrotnie.

MLWZ album na 15-lecie