Gabriel, Peter - Plays Live

Przemysław Stochmal,

ImagePo ukazaniu się czterech studyjnych płyt sygnowanych nazwiskiem Petera Gabriela, dla artysty przyszedł czas na zamknięcie pierwszego etapu działalności solowej wydawnictwem koncertowym. Album zatytułowany „Peter Gabriel Plays Live” stanowi nie tylko ciekawą pamiątkę z koncertów, jakie miały miejsce pod koniec 1982 roku w Stanach Zjednoczonych, czy przekrojowe podsumowanie dotychczasowej działalności Gabriela, sięgające w różnym stopniu do każdego z opublikowanych wcześniej krążków. To przede wszystkim bardzo interesujące świadectwo, na ile w tamtym czasie kompozycje Gabriela, wykreowane przy wykorzystaniu bogatej palety rozwiązań aranżacyjnych i w warunkach ukierunkowywanych różnymi doświadczeniami producenckimi, są w stanie zabrzmieć interesująco w realiach muzycznego spektaklu rozgrywanego na żywo przez określony skład pięciu muzyków.

W świetle takiego rozpatrywania albumu koncertowego, największe wyzwanie musiały dla Gabriela i spółki stanowić nagrania z popularnych „Trójki” i „Czwórki” – albumów, które, w sporym stopniu dzięki cechującym je innowacyjnym koncepcjom rejestrowania dźwięku i intrygującym aranżom, odniosły niewątpliwy artystyczny sukces, bodaj największy w solowej karierze byłego wokalisty Genesis. Nieskrępowanej pomysłowości i pieczołowitości, jakimi artysta obdarzył proces powstawania muzyki na te albumy, trzeba było zaprezentować nie lada ripostę przy wpisywaniu powstałych utworów w warunki koncertowe.

Co ciekawe, dla rozmaitych utworów efekt okazał się zaskakująco różny. Część z nich nie sprostała wymogom postawionym przez studyjne pierwowzory – pozbawione atrakcyjności aranżacyjnej utwory „No Self Control”, „Not One of Us” czy „Intruder”, zabrzmiały w zestawieniu z oryginałami dość bezbarwnie, co jednak nie znaczy, że ich potencjał koncertowy jest niewielki – przykładowo, pierwotna demoniczność „Intrudera” była w zasięgu Gabriela, choć próba jej przywrócenia powiodła się dopiero niemal trzydzieści lat później, z pomocą orkiestry. Niektórym utworom na „Plays Live”, nie tylko pochodzącym z rockowych pierwszych dwóch albumów, udało się z kolei w dużym stopniu powielić formę oryginałów. Nawet burzę instrumentów perkusyjnych zamykającą studyjny „The Rhythm of the Heat” w zaskakująco przekonujący sposób oddano w warunkach scenicznych, bez udziału afrykańskich perkusjonistów (choć nie bez znaczenia był tu z pewnością proces post-produkcji materiału). Znalazły się na płycie jednak również i takie utwory, które na koncercie zyskały jeszcze więcej blasku, mimo że pochodziły z najświeższej wówczas „Czwórki”. „I Have The Touch” i „I Don’t Remember”, porzucając znaną ze studia surowość, przeistoczyły się w dobre, chwytliwe popowe piosenki (do tej drugiej nawet nakręcono teledysk), natomiast chyba najwięcej dzięki koncertowej prezentacji zyskał utwór „San Jacinto” – wersja z pierwszej koncertówki Petera Gabriela jest bodaj najpiękniejszą wydaną oficjalnie odsłoną tejże kompozycji.

Porzucając jakiekolwiek porównania interpretacji utworów, jakie znalazły się w setliście tego koncertowego wydawnictwa, z ich studyjnymi pierwowzorami, trzeba przyznać, że „Plays Live” stanowi świadectwo solidnej koncertowej formy Petera Gabriela, właściwie z przełomu dwóch różnych etapów jego kariery solowej. Gabriel, przy wspomaganiu towarzyszących mu muzyków, jawi się już nie jako artysta, który kilka lat wcześniej z wielkimi trudnościami i bez wsparcia prawdziwie zapierających dech kompozycji, szukał poklasku u często nie kojarzących go odbiorców. „Plays Live” to już koncert wybitnego, pewnego siebie artysty – co tylko potwierdza, że moment na wydanie pierwszego albumu koncertowego został obrany co najmniej optymalnie.  

MLWZ album na 15-lecie