D Project

Genesis - Duke

Przemysław Stochmal,

ImageJest taka grupa fanów Genesis, która jako „prawdziwe Genesis” traktuje wyłącznie płyty nagrane z Peterem Gabrielem w roli wokalisty. Być może nieco większą grupę stanowią sympatycy muzyki zespołu, którzy za jego właściwy koniec uznają odejście Steve’a Hacketta. Wydana w 1980 r. płyta „Duke”, jako druga nagrana w składzie Banks-Collins-Rutherford, dla pozostałych odrzucających najbardziej przebojowe wcielenie grupy z lat 80. i 90., często pozostaje właśnie tym ostatnim albumem wielkiego prog-rockowego Genesis. 

Faktycznie, na płycie jest znacznie więcej progresywnego rocka, aniżeli można by się u progu lat 80. spodziewać. Już sama próba nacechowania płyty znamionami concept-albumu świadczy o ambicji znacznie wybiegającej poza stworzenie kopalni radiowych hitów. Powołano do życia bohatera, który, pełniąc rolę podmiotu lirycznego w części tekstów oraz swoją charakterystyczną aparycją zdobiąc okładkę i rozkładówkę albumu, w pewien sposób integruje warstwę tekstową płyty. Konceptualnie również rozwiązano kwestię konstrukcji albumu – całość spina okazała progresywna klamra, w której, niczym w starszych dokonaniach formacji, od „Selling England By The Pound” po „Wind & Wuthering”, przewijają się parafrazy najbardziej symptomatycznych motywów melodycznych.

Nie samą jednak formą zabawili się muzycy Genesis, aby wskrzesić jeszcze choćby na chwilę epicki charakter swojej muzyki. Wspomniane imponujące otwarcie i zamknięcie albumu, pod względem czysto muzycznym to prog-rock pierwszej wody. To, czego brakowało poprzedniej płycie, „…And Then There Were Three…”, a co mogłoby być dla niej swoistą kartą przetargową – tutaj zadziałało ze zdwojoną siłą. Mowa mianowicie o instrumentalnych, rockowych pasażach, w których, jak się okazało – nawet w trzy osoby można nieźle namieszać – otwarcie rozpoczynającego album „Behind The Lines”, czy przede wszystkim niemal w całości instrumentalny dziesięciominutowy duet „Duke’s Travels”/”Duke’s End” to bardzo mocne fragmenty płyty. Aczkolwiek muzyka pozbawiona wokalu na płycie nie kończy się jedynie na pójściu tropem „Los Endos”, gdzie liczą się energia i zmienność tempa – to również subtelny powrót do czystego tworzenia nastroju – instrumentalna część „Duchess”, która jeszcze kilka lat wcześniej oparta zostałaby pewnie o powtarzany moduł na gitarę dwunastostrunową bądź fortepian, tutaj wspiera się na szkielecie subtelnego automatu perkusyjnego, tworząc zapamiętywalną, jedyną w swoim rodzaju atmosferę.

Na progresywnych schematach „Duke” jednak się nie kończy, kości już wcześniej zostały rzucone i brnięcie grupy w kierunku muzyki pop było nie do zatrzymania. Pozostał ograniczony wspomnianą klamrą środek albumu, który dla wielu ortodoksyjnych sympatyków progrockowego Genesis dewaluuje wartość płyty. Chyba niesłusznie, bo mimo wybitnie radiowego charakteru części z tych utworów, o żenadzie nie może być mowy, a i znaleźć można prawdziwe perły, jak chociażby przejmującą balladę „Heathaze”, czy „Cul-de-sac” – pięciominutowy utwór w zadziwiający sposób zacierający granice pomiędzy pop-rockiem i progresywną dynamiką konstrukcji. Oba utwory zresztą będące manifestem ogromnego talentu kompozytorskiego Tony’ego Banksa.

„Duke” przez historię został potraktowany dość niesprawiedliwie. Być może zostaje zapominany jako album wciśnięty pomiędzy dwie słabsze propozycje grupy. Jednak chyba najczęstszym błędem jest ocenianie go przez pryzmat „Misunderstanding” czy „Turn It On Again”, skądinąd znakomitych piosenek pop-rockowych. Gdyby jednak poszukać dzieła stanowiącego kompromis między tzw. „starym” a „nowym” Genesis, czy pomiędzy „progresywnym” a „popowym”, płycie tej z pewnością najbliżej byłoby do uniwersalnego ideału i z takiej właśnie perspektywy bez cienia wątpliwości mogłaby być uznana najlepszą płytą w dorobku zespołu.

MLWZ album na 15-lecie