Genesis - Abacab

Paweł Świrek,

ImageW przypadku grupy Genesis początek lat 80.  stał się niezłą terapią szokową, jaką zespół zafundował swoim fanom. Wydany w 1981 roku album „Abacab” otworzył nowy rozdział w historii zespołu. Już pierwsze sygnały zmian stylistycznych były widoczne na albumie „Duke”, ale tutaj mamy do czynienia z ich zdecydowanym rozwinięciem. Chodzi tu głównie o popowe naleciałości oraz podążanie za ówczesną brzmieniową modą. Daje się to zauważyć w wielu fragmentach tejże płyty. Kolejnymi zmianami jest wykorzystanie własnego studia nagraniowego The Farm oraz skorzystanie z usług nowego producenta (Hugh Padgham), który diametralnie zmienił podejście do nagrywania, zwłaszcza partii perkusyjnych.

Już otwierający płytę tytułowy utwór przenosi nas właściwie na parkiet dyskoteki. Klawisze Tony’ego Banksa w pierwszych taktach utworu brzmią typowo jak na syntetycznie syntezatorową kompozycję dyskotekową z tamtego okresu. Gdy muzycy pracowali nad tym utworem, stworzyli trzy różne fragmenty, które określili pierwszymi trzema literami alfabetu. Zestawienie ich w odpowiedniej kombinacji dało tytuł utworu (no, prawie że dało). W kolejnym nagraniu, „No Reply At All”, pojawia się sekcja dęta grupy Earth, Wind & Fire, z której usług Phil Collins korzystał na swym pierwszym, wydanym pół roku wcześniej, solowym albumie („Face Value”). Ta sama sekcja dęta pojawi się później w utworze „Keep It Dark” oraz w niewydanym na tejże płycie nagraniu „Paperlate” (ukazało się ono później na EP-ce „3x3” oraz na ogólnoświatowym wydaniu albumu „Three Sides Live” z 1982 roku). Popowy styl kontynuuje także przebojowy numer „Me And Sarah Jane”, chociaż ma on trochę nieco więcej wdzięku, głównie za sprawą ciekawej partii zagranej przez Tony’ego Banksa.

Na szczęście można też na „Abacab” znaleźć delikatne nawiązania do przeszłości. Podczas prac nad tą płytą zespół napisał rozbudowaną czteroczęściową suitę: „Naminanu / Dodo / Lurker / Submarine”. Pierwszą i ostatnią część stanowiły instrumentalne miniatury, z których zrezygnowano przeznaczając je na strony B singli „Keep It Dark” i „Man On The Corner”, zaś dwie środkowe części stanowią najdłuższą kompozycję na płycie, otwierającą w oryginale drugą stronę longplaya. Niestety, efekt nie jest jakoś szczególnie porywający. Kompozycja ta jest, delikatnie mówiąc, przydługa i wymęczona na siłę. Sporym szokiem dla dotychczasowych miłośników twórczości zespołu mogło okazać się nagranie „Who Dunnit?”. Jest to krótki postpunkowy żart muzyczny, notabene (słusznie!) znienawidzony przez fanów. Jedynym atutem tego utworu jest to, iż jego koncertowe wykonanie było niepowtarzalną okazją dla Mike’a Rutherforda do gry na… perkusji. Ale ten zabieg sprawia wrażenie uszczęśliwiania fanów na siłę. Liryczny „Man On The Corner” mocno nawiązuje do stylu debiutanckiej płyty Collinsa i poniekąd może kojarzyć się z „In The Air Tonight” ze względu na zbliżoną melodię oraz wykorzystanie automatu perkusyjnego. Dopiero pod sam koniec płyty mamy więcej nawiązań do klasycznego stylu Genesis, a to za sprawą balladowych utworów „Like It Or Not”  oraz „Another Record”. Jednakże obie te kompozycje  nie wnoszą za wiele i wydają się być klasycznymi zapchajdziurami. Co gorsza, umieszczone na końcu albumu sprawiają wrażenie dosztukowywania całości na siłę do obowiązkowych 40-minutowych rozmiarów longplaya.  Podobnie zresztą ma się rzecz z nijakimi utworami „Me And Virgil” i „You Might Recall”, które powstały w trakcie tej samej sesji nagraniowej, ale pojawiły się dopiero rok później na wspomnianej już EP-ce „3x3” oraz na ogólnoświatowej wersji albumu „Three Sides Live” z czwartą, studyjną stroną.

Na płycie „Abacab” zupełnie przepadł gdzieś zespół o tak bogatym niegdyś brzmieniu. Nowe podejście do nagrywania narzucone przez producenta było niekoniecznie dobrym rozwiązaniem. „Koncertowe” brzmienie perkusji (takie nagłośnienie bębnów, by brzmiały tak głośno jak na koncercie), co prawda w miarę się sprawdziło, ale zbyt przebojowy wydźwięk poszczególnych utworów mógł sprawiać wrażenie pogoni za komercją. Szczególnie, że wydany nieco wcześniej solowy krążek Phila Collinsa odniósł ogromny sukces, przy okazji wieszając wysoko poprzeczkę.

O ile utwory z albumu „Abacab” w wersjach studyjnych mogą brzmieć mało przekonywująco, o tyle ich wykonania koncertowe (zwłaszcza „Abacab” i „Me And Sarah Jane”) prezentują się zdecydowanie lepiej, o czym można było się przekonać słuchając płyty „Three Sides Live”. Styl zapoczątkowany na płycie „Abacab” zdominował twórczość zespołu przez całe latach 80. Czy była to dobra decyzja? Odpowiedź zostawiam słuchaczom.

MLWZ album na 15-lecie