Genesis - Invisible Touch

Paweł Świrek,

ImageW połowie lat 80. zespół Genesis nieco zwolnił tempo wydawania płyt. Było to poniekąd podyktowane solowymi karierami muzyków (zarówno płyty Phila Collinsa, jak i zespołu Mike And The Mechanics odnosiły  w tamtym czasie ogromne sukcesy). Pierwsza taka dłuższa przerwa nastąpiła po płycie zatytułowanej „Genesis”.

Prace nad kolejnym albumem przebiegały z podobnymi założeniami, jak w przypadku albumu „Genesis”, czyli że zespół postawił na improwizacje. Dzięki nim powstało dużo przebojowej muzyki, która niekoniecznie musiała podobać się ortodoksyjnym fanom. „Invisible Touch” ukazał się w 1986 roku i co prawda nie zaskakuje niczym nowatorskim, ale w stosunku do poprzednika w miarę równomiernie rozłożono na nim odpowiednie akcenty. Już sam początek płyty jest bardzo przebojowy. Tytułowy utwór charakteryzuje się porywającym brzmieniem i wpadającą w ucho melodią. Potem chwila uspokojenia dzięki mrocznemu i epickiemu „Tonight Tonight Tonight”, który mniej więcej w połowie całkowicie zmienia klimat, sprawiając wrażenie dwuczęściowej minisuity. „Land Of Confusion” to kolejny wielki przebój zespołu. W tymże utworze Genesis całkowicie poszedł w kierunku tego, co było wówczas modne. Dla fanów ten krok mógł być nieco szokujący, ale na pewno przyniósł on zespołowi ogromną popularność, szczególnie dzięki karykaturalnym kukiełkom użytym w teledysku stylizowanym na program Splitting Image (odpowiednik programu „Polskie Zoo”). Balladowy utwór „In Too Deep” jest kolejnym mocnym punktem płyty. Ta nastrojowa ballada została zaaranżowana dużo lepiej niż podobne kompozycje na dwóch poprzednich płytach. „Anything She Does” to silne nawiązanie do solowej twórczości Phila Collinsa za sprawą syntetycznych sekcji dętych i porywającej, znowu bardzo przebojowej melodii. Śladem poprzednich płyt nie mogło i tu zabraknąć miejsca na klasyczną minisuitę. Mowa tu o kompozycji „Domino”. Pierwsza część – „In The Glow Of The Night” jest bardziej nastrojowa, zaś druga – „The Last Domino” bardziej porywcza, dynamiczna i zapierająca dech w piersiach. Nie brakuje tu ekspresyjnego śpiewu Phila Collinsa, jakże charakterystycznego zarówno dla Genesis, jak i dla jego solowej twórczości. Kolejny utwór, „Throwing It All Away”, to zdecydowanie najsłabsza kompozycja na płycie, choć wydana na singlu, który odniósł niemały sukces. Chwytliwe brzmienie gitary i ładna melodia to jedyne jej atuty, poza tym wydaje się być kompozycją nijaką. Jedynie jej niektóre koncertowe wykonania, z typowym dla Collinsa stadionowym zaśpiewem, były świetną zabawą z publicznością. Płytę kończy w bardzo efektowny sposób instrumentalny temat „The Brazilian” – najdziwniejsza kompozycja na płycie i zarazem bardzo udany eksperyment brzmieniowy. Wersja koncertowa zyskała jeszcze więcej za sprawą duetów perkusyjnych Collins – Thompson (dostępna była ona dopiero w 1992 roku na singlu „Tell Me Why”).

46 minut muzyki wydanej na płycie nie było całością materiału zarejestrowanego przez zespół podczas sesji nagraniowych „Invisible Touch”. Odrzuconego materiału było dość sporo. Nagranie „I’d Rather Be You” to niesamowicie przebojowa kompozycja, która może kojarzyć się z solową twórczością Phila Collinsa, lecz w sumie brzmi ona dość przeciętnie. Instrumentalny „Do The Neurotic” zdecydowanie przegrywa z „The Brazilian”, lecz pod koniec lat 80. znalazł się w repertuarze koncertowym zespołu, zyskując sporo dzięki soczystym duetom perkusyjnym. Trzeci odrzut to „Feeding The Fire”. Nagranie,  którego mocnym elementem jest brzmienie perkusji oraz  mocne ścieżki wokalne w wykonaniu Phila Collinsa. Z nieznanych przyczyn nie znalazło się ono w podstawowym repertuarze płyty, ale z perspektywy czasu (oraz sukcesu, jaki odniósł album), należy stwierdzić, że układ poszczególnych piosenek na „Invisible Touch”  był  optymalny i de facto wcale nie trzeba było zastępować żadnej kompozycji na płycie którąś z tych odrzuconych.

Reasumując, w postaci „Invisible Touch” otrzymaliśmy bardzo udany album. Początkowo uważałem go za jedną z najsłabszych płyt zespołu, lecz z czasem płyta coraz bardziej zaczyna się podobać i wszelakie modne i tak często (nad)używane przez zespół technikalia przestają w ogóle drażnić. Nawet fakt, że większość utworów wykorzystuje elektroniczne pady oraz automat perkusyjny jakoś zbytnio nie razi słuchacza, gdyż te wynalazki zostały użyte z odpowiednim umiarem. Genesis umiejętnie sięgnął po dostępne  w tamtym czasie nowinki techniczno-brzmieniowe  i z powodzeniem zastosował je w swoich wciąż epicko brzmiących kompozycjach. Dwie z nich – „Tonight Tonight Tonight” i „Domino” szybko stały się ulubionymi przez sympatyków zespołu żelaznymi punktami programu scenicznych, bardzo rozbudowanych pod względem stylistyczno-formalnym, występów na żywo. Genesis stał się w tamtym czasie zespołem stadionowym, bez problemu zapełniającym największe obiekty sportowe na całym świecie. Lekko zubożone brzmienia perkusyjne dostępne w koncertowych wersjach utworów (zdecydowana przewaga akustycznych bębnów) nic nie ujmowały nowym kompozycjom, co dowodzi przeogromnego talentu kompozytorsko-aranżacyjnego muzyków tworzących Genesis.
MLWZ album na 15-lecie