Porcupine Tree - In Absentia

Łukasz Famulski,

ImageGdyby przed rokiem 2002 ktoś powiedział, że już wkrótce pojawi się album Porcupine Tree, który całkowicie odmieni oblicze zespołu, większość z pewnością kiwałaby litościwie głowami i machnęła ręką słysząc podobne herezje. Formacja od ładnych paru lat grająca w określonym stylu i odnosząca w związku z tym wielkie sukcesy miałaby ryzykować całkowitą transformację? To niedorzeczne.

Ale stało się. Nastąpił przełom, rewolucja. Narodziła się "In Absentia" – następczyni bardzo ciepło przyjętego "Lightbulb Sun", następczyni która miażdży, wgniata w fotel, chwyta za głowę, trzęsie i rzuca na kolana. Arcydzieło progmetalu, opus magnum twórczości Wilsona i spółki – moim zdaniem do dziś będące niezdobytym po raz drugi szczytem możliwości Jeżozwierzy.  

"In Absentia" to dzieło drapieżne, agresywne, lecz nie pozbawione czułości, piękna i smutku (bez tych emocji muzyka Wilsona nie byłaby… muzyką Wilsona). "In Absentię" wydano w 2002 roku w dwóch wersjach – oryginalnej, trwającej prawie 70 minut oraz "europejskiej" (sic!), zawierającej trzy dodatkowe utwory, które wydłużają całość o około 15 minut.

Czego osoba, która nie spotkała się z "In Absentią", a zna Porcupine Tree może się spodziewać po odpaleniu krążka? Z pewnością nie kontynuacji "Lightbulb Sun", ani nawet specjalnych nawiązań do wcześniejszych albumów. Wilson przyzwyczaił nas do płyt różnorodnych stylistycznie, gdzie raz jest łagodnie, raz mrocznie, innym razem dynamicznie, szaleńczo, depresyjnie, wzniośle, itd. (wyjątek – "Metanoia").

Ale nie tym razem. Tutaj mamy właściwie monoemocjonalność w postaci…  hmmm… agresywnej melancholii (?). Niemniej jednak muzycznie, instrumentalnie, kompozycyjnie i w sensie szeroko rozumianej  "kolorystyki" albumu, "In Absentia" to prawdziwy kalejdoskop – coś w rodzaju wspaniałego obrazu złożonego z wielu różnorodnych puzzli, które mimo, iż tworzą wspólną wizję, to jednak każdy z osobna jest zupełnie inny.

Kapitalne melodie, przemyślane zwrotki, chwytliwe refreny, mięsiste riffy, żywe solówki, ambientowe wstawki i teksty, których zrozumienie wymaga wielu godzin przemyśleń. Jest też miejsce dla elektronicznych sampli, tłustych beatów, przestrzennych niepokojących dźwięków i wielu innych trudnych do określenia i zakwalifikowania elementów, gdzie każdy z nich po prostu MUSI tu być. Zero przypadku, zero nieprzemyślanych decyzji.

Warto zwrócić uwagę na przepiękne ballady (tak, ballady – na progmetalowej płycie), które potrafią wycisnąć niejedną łzę. Mam wrażenie, że Porcupine Tree osiągnęło w tym zakresie apogeum, bo od tamtej pory nie słyszałem tak pięknych piosenek tego zespołu (może z wyjątkiem "Half-Light" z singla zatytułowanego "Lazarus"). Owe ballady nie są jednak typowymi uspokajaczami do przytulania z dziewczyną – wręcz przeciwnie: wypełnia je potężna dawka silnych emocji ze wskaźnikiem na smutek i beznadzieję.

Co poza tym? "In Absentia" to pierwszy album w dorobku Porcupine Tree, w którym za perkusję odpowiada Gavin Harrison (zastępując Chrisa Maitlanda) i mam wrażenie, że ta zmiana była jednym z korzystniejszych wydarzeń w historii Jeżozwierzy. Harrison doskonale wpasował się w stworzone przez Wilsona kompozycje, zdecydowanie podkreślając, że jest kimś nowym, kimś o dwie klasy wyżej (z całym szacunkiem dla Maitlanda).

Nie można oczywiście nie wspomnieć o NIM. "In Absentia" to JEGO dziecko, wypieszczone, wypielęgnowane, które otwarło przed swoim ojcem nowe perspektywy artystyczne. Należy zwrócić też uwagę na wpływ formacji Opeth, bez której – mam takie wrażenie – "In Absentia" nie byłaby taka sama. To właśnie Opethowi, a raczej frontmanowi tej szwedzkiej deathmetalowej grupy, Mikaelowi Akerfeldtowi, Porcupine Tree zawdzięcza swoje nowe, drapieżne, mroczne oblicze. Tak to już jest, gdy geniusz spotka innego geniusza i okaże się, że łączą ich wspólne pasje. Wówczas powstaje arcydzieło. "In Absentia" jest jednym z nich.  

 

P. S. Dla kogo jest przeznaczona ta płyta? Ujmę to tak: jeśli jesteś – Drogi Czytelniku – fanem progmetalu i określasz siebie jako osobę kochającą ostre brzmienia, przy jednoczesnym zachowaniu wysokiego poziomu artystycznego oraz intelektualnego, a nie znasz "In Absentii", to… po prostu… nie mów tego głośno.

MLWZ album na 15-lecie