Genesis - And Then There Were Three

Artur Chachlowski,
ImageGenesis właściwie nigdy nie nagrał słabej płyty. Wszystkie są niezwykle udane, w swoim czasie wytyczały przecież kierunek, w jakim podążał świat progresywnego rocka. Gdyby kogoś poprosić o wybranie tej jednej, najwspanialszej, to pewnie wskazanych albumów byłoby tyle, ile odpowiadających osób. Lecz pośród tych wszystkich cudownych wydawnictw było kilka, o których śmiało można powiedzieć, że były dziełami przełomowymi: niezapomniany koncept o Raelu „The Lamb Lies Down On Broadway”, pierwszy po odejściu Petera Gabriela „A Trick Of The Tail”, koncertowy superprzebój „Seconds Out”, nafaszerowany przebojami „We Can’t Dance”, piękny, aczkolwiek niedoceniany „Calling All Stations”. Do grona tych przełomowych z całą pewnością zaliczyć trzeba wydaną w kwietniu 1978r. płytę „...And Then There Were Three...”.

Na czym polega prawdziwy fenomen tego wydawnictwa? Co powoduje, że zajmuje ono szczególne miejsce w dyskografii grupy Genesis? Złożyło się na to co najmniej kilka czynników. Po pierwsze, to obiektywnie rzecz ujmując, kolekcja bardzo udanych utworów, po drugie – po raz pierwszy Genesis dzięki jednemu z nich zagościł na listach singlowych przebojów, a po trzecie – po raz pierwszy album nagrany został w trzyosobowym składzie. Stąd dość przekorny tytuł płyty: „Zostało nas tylko trzech”. A jeszcze kilka lat wcześniej zespół funkcjonował jako kwintet. Po odejściu Gabriela w 1975r. tuż po zakończeniu długiej trasy promującej popularnego „Baranka”, podobną decyzję bezpośrednio przed rozpoczęciem pracy w nad „...And Then There Were Three...” podjął gitarzysta Steve Hackett. Powody, które doprowadziły do pożegnania z zespołem były dość oczywiste. „Po nagraniu swojej pierwszej płyty solowej („Voyage Of The Acolyte”, 1975r.  – przyp. AC) trudno mi było wrócić do pracy zespołowej. Walczyłem z tą decyzją przez dwa lata. Zawsze pragnąłem większej wolności kompozycyjnej, niż tej, którą mogłem osiągnąć z Genesis, gdzie każdy musiał w jakiś sposób dopasować się do kierunku wyznaczanego przez resztę kolegów” – wspomina Steve. Zasmakowawszy nieograniczonej swobody artystycznej skłaniał się on ku pracy na zupełnie innych zasadach, podczas gdy Phil Collins, Tony Banks i Mike Rutherford postanowili koncentrować swe wysiłki na dalszym umacnianiu pozycji zespołu jako całości. Zaczęły się tarcia wewnątrz grupy. Najpierw poszło o przydział miejsca na płycie „Wind And Wuthering” (1976). Steve miał żal, ze spora część skomponowanych przez niego tematów została całkowicie pominięta oraz o to, że zespół zmierza w niedobrym kierunku. „Chciałem kłaść nacisk na bogato aranżowaną muzykę instrumentalną, ale reszta skłaniała się coraz bardziej w stronę piosenek i uproszczenia brzmienia zespołu” - stąd decyzja Hacketta o opuszczeniu szeregów Genesis. Wydawało się, że brak intrygującej, marzycielskiej gry na gitarze, która od wielu lat stała się nieodzownym składnikiem brzmienia Genesis, będzie niepowetowaną  i niemożliwą do zrekompensowania stratą. Tymczasem obowiązki Steve’a przejął basista Mike Rutherford i Genesis jako trio przystąpił do pisania nowego materiału. Postawili przed sobą zadanie skomponowania prostszych i krótszych utworów. Nie były one owocem wspólnych sesji, bowiem większość z 11 piosenek wypełniających album wyszła spod pióra pojedynczych twórców. Było to stosunkowo nowym zjawiskiem na płytach Genesis. Dzięki nieco lżejszemu repertuarowi, idącej za tym jego większej różnorodności, a także nowemu brzmieniu udało się stworzyć niezwykle świeży, doskonale brzmiący album. Z jednej strony nie brakło na nim typowego dla zespołu epickiego rozmachu, jak chociażby w utworach „Burning Rope”, czy „The Lady Lies”,  a z drugiej – pojawiły się nowe elementy, jak typowo rockowe brzmienie w „Deep In The Motherlode”, czy „Ballad Of Big”. Właściwie każde z nagrań wypełniających płytę „...And Then There Were Three...” stanowi zamknięte w sobie solidne arcydzieło. Temu mianu nie przeszkadza rozmiar większości utworów. Bo nie da się ukryć, że o prawdziwej sile całego albumu decydują jednak urokliwe, acz krótkie piosenki o przepięknych melodiach i łatwo zapadających w pamięć refrenach: „Many Too Many”, „Say It’s Alright Joe”, „Undertow”, „Snowbound” – wszystkie one mają w sobie tyle uroku i ciepła, że nikt chyba nie może mieć wątpliwości, że nowe oblicze Genesis spodobało się słuchaczom otwartym na prawdziwe muzyczne piękno. Na osobną wzmiankę zasługuje zamykający płytę utwór „Follow You Follow Me”. Jako pierwszy w dziesięcioletniej historii Genesis dotarł on do czołówki brytyjskiej listy przebojów i pozwolił zespołowi na zaprezentowanie się zupełnie nowej publiczności. Od tej pory rozpoczęło się pasmo singlowych sukcesów Genesis i można by rzec, że  powodzenie tej uroczej piosenki stało się prawdziwą trampoliną dla dalszej kariery grupy. Swoją drogą trudno się dziwić, że tak właśnie się stało. W Collinsie, Banksie i Rutherfordzie drzemał zgromadzony od dawna ogromny potencjał i dzięki zespołowemu geniuszowi ta w istocie dość prosta, lecz jakże piękna, o mądrym i optymistycznym przesłaniu piosenka zabrzmiała niesamowicie szczerze i niezwykle przekonująco. Chociaż zatwardziali sympatycy zespołu mocno kręcili nosami, uważając jej sukces za sprzeniewierzenie się artrockowej tradycji. Ale nie zapominajmy, że to między innymi właśnie dzięki „Follow You Follow Me” można się w tej płycie po prostu zakochać. Zresztą nie tylko w samej płycie. Zakochać się w ogóle. Bo jakże piękniej wyrazić swoje uczucia do ukochanej osoby, niż śpiewając wraz z Philem: „Stay with me, my love I hope you’ll always be right here by my side if ever I need you”?...

MLWZ album na 15-lecie