Genesis - Seconds Out

Wojtek "Foreth" Bieroński,

ImageJest wiele powodów, by o tej płycie pamiętać.

Dla wielu fanów koncertowe wydawnictwo Seconds Out to szczególna pozycja w dyskografii Genesis. Dlaczego? Niedługo potem „and then there were three” - zostało ich już tylko trzech. Z uwagi na odejście Steve’a Hacketta ostatnie takty kończącego płytę Los Endos stanowią dla niektórych sympatyków grupy los endos wielkiego Genesis. Zgodziłbym się, że zespół ten po odejściu swego wybitnego gitarzysty nigdy nie nagrał niczego na miarę swych najwybitniejszych dzieł, przestrzegałbym jednak przed odcinaniem zbyt grubą kreską niektórych płyt zrealizowanych po Seconds Out. Uwaga ta dotyczy choćby takiej And Then There Were Three. Ma ona do dziś przerąbane za to, że jest pierwszą zrealizowaną w stylu, który ewoluując (?) z biegiem lat zaprowadzi Genesis do krainy soft poprocka. Tak więc kwestia ostatniego albumu z Hackettem w składzie nie jest głównym powodem, by o tej płycie pamiętać.

Do takowych nie należy również fakt, że oto połowę z sześciu muzyków, którzy grali tego wieczoru w Paryżu, stanowili perkusiści. Ciekawostka ta często przewija się przez opracowania i eseje o Genesis. I w sumie nic dziwnego, bo chyba każdy przyzna, że momenty, w których słychać dwie perkusje naraz, brzmią na tej płycie wspaniale. Nadają one rockowej przecież stylistyce feelingu związanego z zupełnie inną muzyką, w której produkujący na bębnach się bez opamiętania  ludzie wprowadzają siebie i słuchających w swoisty trans. Partie te nie wypełniają jednakże całości recenzowanego wydawnictwa i dlatego są jedynie elementem głównego powodu, by o tej płycie pamiętać.

Co nim jest? Kosmicznie wysoka jakość Seconds Out. W tym momencie muszę nadmienić, że nie należę do słuchaczy, będących prawdziwymi koneserami wydawnictw koncertowych, kolekcjonujących bootlegi i potrafiących wysłuchać niemal wszystkich występów danego zespołu na jego trasie koncertowej. Toteż być może nie jestem najodpowiedniejszą osobą, by powiedzieć, że Seconds Out to progresywna koncertówka wszech czasów. Tak jednak uważam. Dość powiedzieć, że wiele wielkich utworów Genesis zagranych tu zostało lepiej niż na macierzystych płytach studyjnych. Weźmy chociażby dwa tytany Selling England By The Pound. Wykonanie Firth of Fifth i Cinema Show po prostu powala i  - nie boję się tego powiedzieć - bije na głowę te zrealizowane jeszcze z Peterem Gabrielem. Nawiasem mówiąc kiedyś brałem udział w internetowej dyskusji dotyczącej tego, jakie utwory najdoskonalej prezentują progresywne ideały. Firth of Fifth i Cinema Show co rusz przewijały się w wypowiedziach forumowiczów. Trudno się temu dziwić, jako że na dobrą sprawę w obu tych kompozycjach jest wszystko, co  - przynajmniej kanonicznie – stanowi o utworze całą gębą progresywnym. Wielu słuchaczy oba utwory pamięta jednak głównie z uwagi na kultowe wycieczki instrumentalne i te na Seconds Out wypadają po prostu powalająco. Sekcja rytmiczna pracuje jak doskonale naoliwiona maszyna. a Hackett z Banksem grają swoje partie jak natchnieni. Przejmujące solo Steve’a z Firth of Fifth – bez dwóch zdań jedno z najsłynniejszych w historii rocka progresywnego – brzmi (znowu to powiem!) jeszcze bardziej majestatycznie niż na Selling England... Nic więc dziwnego, że będący w takiej formie Hackett już niedługo potem nagra jedne ze swoich najlepszych płyt studyjnych w karierze.

Skoro skoncentrowałem się już na samych osobistościach z Genesis, warto wspomnieć jeszcze o Philu Collinsie. Trzeba przyznać, że znakomicie wypada on w tych partiach wokalnych, które zwykł śpiewać – i zapewne komponował pod siebie – Peter Gabriel. Wspaniale wykonana suita Supper’s Ready nie pozostawia złudzeń co do tego, że Phil na tym koncertowym wydawnictwie godnie zastąpił za mikrofonem swojego wybitnego poprzednika.

Po takiej dawce zachwytów choć na chwilę wypadałoby skoncentrować się na minusach. Właściwie jedynym utworem na Seconds Out, który moim zdaniem wypadł nienajlepiej jest I Know What I Like. W partii instrumentalnej tego utworu zabawiano publikę. Bez dwóch zdań bawiła się ona w tym momencie znakomicie, jednak dla rozłożonego wygodnie w fotelu słuchacza w kapciach ten senny fragment ciągnie się w nieskończoność.

Na szczęście inne spokojne i dostojne utwory wypadają na tej płycie znakomicie. Mam tutaj na myśli The Carpet Crawl i Afterglow. Na skądinąd bardzo fajnej polskiej stronie o Genesis, przy okazji recenzji tej płyty napotkałem niezbyt przychylną opinię na temat tego pierwszego utworu, jakoby The Carpet Crawl był utworem-anemikiem, z uwagi na swój charakter nienadającym się na to koncertowe wydawnictwo. O tym, że jest odwrotnie świadczy chyba to, że wykonanie tego utworu nie było jakimś jednorazowym wybrykiem. Grupa Genesis grała go na koncertach wielokrotnie. O ile pamiętam kompozycję słyszeliśmy także podczas ostatniej wizyty zespołu w naszym kraju i po cichu liczę, że ten niesamowity utwór znajdzie się także na trackliście czerwcowego koncertu na Stadionie Śląskim. A niesamowity to utwór głównie z uwagi na partie Banksa. Każdy kto próbował swych sił na instrumentach klawiszowych dobrze wie, jak diabelnie trudno grać coś teoretycznie niezbyt złożonego, ale przez parę minut, w czasie których palce nie mają nawet pół sekundy na oderwanie się od jednostajnej harmonii. Ale cóż, dzięki temu – efekt przedniej marki.

I te trzy słowa kończące poprzedni paragraf można odnieść do całej fenomenalnej płyty, jaką jest Seconds Out. Płyty, o której nie sposób zapomnieć.

MLWZ album na 15-lecie