Genesis - Archive #1, Archive #2

Artur Chachlowski,
ImageImageDwa i pół roku temu zespół Genesis ucieszył swoich fanów poczwórnym wydawnictwem zatytułowanym „Archive # 1”. Obejmowało ono „gabrielowski” okres działalności zespołu, a więc lata 1968 – 1975, przynosząc miedzy innymi pełną koncertowa wersję „The Lamb Lies On Broadway” oraz całą masę nie wydanego i nie znanego wcześniej materiału. Wydany niedawno trójkompaktowy box „Archive #2” obejmuje lata 1976 – 1992. Śmiało więc można go nazwać „collinsowskim”   archiwum grupy Genesis.

Długo oczekiwane pojawienie się na rynku obydwu boxów było sporym wydarzeniem w życiu sympatyków muzyki progresywnej. I  chociaż trudno hierarchizować te wydawnictwa pod względem jakości zamieszczonej na nich muzyki, bo przecież oba stanowią bezcenne uzupełnienie dyskografii zespołu  uważanego za najważniejszy w historii gatunku, to w gruncie rzeczy istnieje wiele elementów, którymi  zestawy te bardzo różnią się od siebie. I nie chodzi tu tylko o to, że stanowią one zapis dwóch różnych epok w działalności grupy i że ilustrują okresy, w trakcie których na czele Genesis stali dwaj różni, acz wielcy przecież liderzy. O ile wydany w 1998 roku „gabrielowski” box zawierał prawie wyłącznie niepublikowane  wcześniej nagrania, to set „collinsowski” niemalże w dwóch trzecich swojej objętości jest zbiorem stron B singli, rozciągniętych i zremiksowanych przebojów, a więc nagrań które najzagorzalsi sympatycy zespołu znali już od lat. Ale nie umniejsza to ani trochę wartości całego zestawu. „Archive #2” stanowi przecież w miarę usystematyzowane muzyczne kompendium zawierające sporo stosunkowo mało znanych nagrań. Posiada ono wszakże kilka istotnych wad, ale o nich za chwilę.

Lata 1976 –1992 to czas wielkiej prosperity muzyki grupy Genesis. To wielki fenomen w historii muzyki rockowej, gdyż druga połowa lat 70.,  a przede wszystkim cała dekada lat 80. nie były okresem przyjaznym dla rozbudowanych i wielowątkowych kompozycji. A przecież to w tym czasie z zespołu stojącego u progu bankructwa Genesis stał się prawdziwą megagwiazdą, sprzedającą swe albumy  w milionowych nakładach, zapełniającą po brzegi najpierw największe sale koncertowe, a potem gromadzącą kilkuset tysięczną widownię na stadionach. Sama muzyka Genesis ewoluowała w perfekcyjny sposób, co słychać było na kolejnych płytach tego zespołu. Od pompatycznego, najbardziej szlachetnego i krystalicznego progresywnego rocka na albumach „Trick Of The Tail” (1976) i „Wind And Wuthering” (1977), poprzez doskonałe, aczkolwiek zawierające nieco mniej skomplikowaną muzykę płyty „And Then There Were Three” (1978) i „Duke” (1980), po przebojowe i święcące rekordy sprzedaży „:Abacab” (1981), „Genesis” (1983), „Invisible Touch” (1986) i „We Can’t Dance” (1991). Niewątpliwa w tym zasługa samego Phila Collinsa, który chyba jak nikt inny potrafił idealnie wyczuwać oczekiwania masowej publiczności. Udanie rozwijając swoją działalność solową potrafił on działając równolegle ze swoim macierzystym zespołem spowodować, że Genesis stał się z jednej strony fabryką megahitów okupujących najwyższe miejsca list przebojów, a z drugiej – nie zraził do siebie wymagającej publiczności, tradycyjnie oczekującej na rozbudowane epickie opowieści. Wydawnictwo „Archive #2” jest na to niezbitym  dowodem. W przeważającej swej części zawiera muzykę, która oparła się próbie czasu i będąc przed laty typowym odrzutem z sesji nagraniowych poszczególnych albumów brzmi dzisiaj świeżo, a momentami wręcz porywająco. Weźmy chociażby tak piękne utwory, jak „It’s Yourself”, „Vancouver”, „The Day The Light Went Out”, które były do dziś zapomnianymi piosenkami ze stron B singli wydanych jeszcze w latach 70. Z kolei drugie strony singli z nieco późniejszego okresu reprezentowane tu przez „On The Shoreline”, „Hearts On Fire”’, „Do The Neurotic”’ „I’d Rather Be You”, a  przede wszystkim „Feeding The Fire” świadczą o tym, jak wiele doskonałego materiału nie zmieściło się na wspaniałych skąd inąd albumach „Invisible Touch” i „We Can’t Dance”.

Kolejnym atutem tego wydawnictwa są utwory z wydanego w 1977 roku słynnego singla „Spot The Pigeon” („Pigeons” i „Inside And Out”), zawierającego kompozycje, które nie zmieściły się w programie płyty „Wind And Wuthering” oraz nagrania z czwartej strony albumu „Three Sides Live’ („Paperlate”, „Evidence Of Autumn”, „Open Door” oraz „You Might Recall”). Jednakże od razu trzeba tu postawić poważny zarzut pod adresem autorów tej kompilacji. W zestawie tym nie wiadomo czemu brakuje dwóch nagrań: „Match Of The Day” oraz „Me And Virgil”, które przecież o wiele bardziej pasowałyby tu, niż na przykład instrumentalne kompozycje „Naminamu” i „Submarine”, stanowiące oryginalnie strony B singli z płyty „Abacab”. Oba te utwory dowodzą  tego, że nawet tak wielki zespół jak Genesis może tworzyć muzykę nadającą się jedynie do kosza.

Kolejna wada boxu „Archive  #2” to 12 calowe remiksy przebojów „I Can’t Dance”, „Invisible Touch”, „Land Of Confusion” oraz „Tonight, Tonight, Tonight”. W porównaniu z wersjami albumowymi nie wnoszą one niczego nowego i wydaje mi się, że znalazły się w tym zestawie tylko na zasadzie czasowej „zapchajdziury””.

Na szczęście prawdziwych zalet jest znacznie więcej. Oprócz tych wymienionych już powyżej jest jeszcze jedna. I właśnie tę prawdziwą perłę nad perłami zostawiłem sobie na zakończenie omówienia programu wydawnictwa „Archive #2”. Ten najsmakowitszy kąsek stanowi krążek nr 2 zestawu zawierający wydane oficjalnie po raz pierwszy koncertowe wersje 10 cudownych kompozycji z całego repertuaru Genesis. Zostały one nagrane na różnych koncertach, na różnych trasach pomiędzy 1976, a 1992 rokiem. Niektóre z nich są ze sobą zmiksowane, przez co mamy wrażenie uczestnictwa w jednym wspaniałym koncercie. Nie sposób wyróżnić w jakiś zdecydowany sposób  żadnego utworu, ale słuchając „Your Own Special Way” nagranego w Sydney z orkiestrą symfoniczną, czy „Entangled” z pierwszej trasy koncertowej Genesis z Philem Collinsem w charakterze frontmana, z łatwością można przenieść się w inny muzyczny wymiar. Cały ten ponad 70 minutowy  krążek brzmi doskonale i stanowi on dla mnie coś na kształt ciągu dalszego najwspanialszego koncertowego albumu wszech czasów, a mianowicie słynnej genesisowskiej płyty „Seconds Out” (1977).

Powróćmy jeszcze na chwilę do wydanego w 1998 roku „gabrielowskiego” boxu „Archive #1”. Dwa lata, które dzielą oba te wydawnictwa, to jakby cała epoka w historii formacji Genesis. Chociaż w międzyczasie nie ukazała się żadna premierowa płyta tej grupy, to jednak sporo wydarzyło się w samym zespole. Przypomnijmy: w 1998 roku w Genesis nie było już Phila Collinsa. Zespół koncertował z nowym wokalistą Rayem Wilsonem, promujac album „Calling All Stations” (1997). Jednak zarówno finansowa klapa tej trasy, jak i niezbyt zadawalająca sprzedaż samego albumu wpłynęła na decyzję o rezygnacji z dalszych usług Wilsona. Genesis znalazł się na ostrym zakręcie, o ile nie na samym końcu swej 30 letniej kariery. Przyszłość zespołu stanęła pod ogromnym znakiem zapytania. Nieco optymizmu w serca fanów wniosło pewne wydarzenie, które miało miejsce 21 września ubiegłego roku w hotelu Hilton Park Lane w Londynie. Stowarzyszenie brytyjskiego przemysłu muzycznego Music Managers Forum uhonorowało specjalną nagrodą wieloletniego menadżera Genesis Tony’ego Smitha. W trakcie uroczystości zaimprowizowano krótki akustyczny występ zespołu. Wykonano wtedy 4 utwory, a na scenie obok Tony’ego Banksa i Mike’a Rutherforda po 7 latach przerwy pojawił się sam... Phil Collins. Na sali obecny był też Peter Gabriel, ale dołączył on do swoich kolegów zaledwie na krótką sesję fotograficzną. Po tym występie nie wydano żadnego komunikatu mówiącego o potencjalnym powrocie Collinsa do Genesis. Wręcz odwrotnie, w późniejszych wywiadach zarówno Banks, jak i Rutherford stwierdzili, że wszystko wskazuje na to, że Genesis to już zamknięta karta historii. Iskierką nadziei jest niedawna bardzo ostrożna wypowiedź Phila Collinsa, który zastrzegając się, że nie może składać zbyt daleko idących deklaracji stwierdził, że „w niedalekiej przyszłości możliwa jest ponowna współpraca naszego tria. Nie będzie to jednak nowy album wydany pod szyldem Genesis, a raczej projekt poświęcony filmowi”. Dość lakoniczne i tajemniczo brzmiące to stwierdzenie. I chociaż sam należę do osób, które nie mogą doczekać się kolejnej premierowej płyty firmowanej nazwą Genesis, to zastanawiam się, czy to trójkompaktowe wydawnictwo „Archive #2”, którym uraczono nas pod sam koniec ubiegłego roku, nie jest ostatnią realną oznaką istnienia tego wielkiego zespołu...
MLWZ album na 15-lecie