Kansas - Freaks Of Nature

Przemysław Stochmal,

ImagePołowa lat 90. była okresem ciekawych i głośnych powrotów klasyków rocka, niejednokrotnie zaskakujących albumami wpisującymi się w ścisły kanon ich najlepszych dokonań. W tym czasie, po kilku latach wydawniczego niebytu, z nowym albumem powrócił również zespół Kansas. I choć wydaną w 1995 roku płytę „Freaks Of Nature” ciężko traktować w kategoriach sensacyjnego come-backu, w przeciwieństwie do propozycji niektórych „kolegów po fachu” zza Atlantyku, to jednak w kontekście biegu kariery wydawniczej samego Kansas jest to album dość znaczący.

Płyta została stworzona w sposób, który z jednej strony mógł choćby po części zatrzeć marne wrażenie, jakie musiały na fanach „starego Kansas” wywrzeć dokonania grupy z lat osiemdziesiątych, gdy styl jej został zredukowany do stadionowego, gitarowego minimum, z drugiej zaś strony mógł zbliżyć jej profil do tego, jaki posiadała w latach świetności. Podstawowym ku temu środkiem stał się powrót to trademarkowego brzmienia skrzypiec, od czterech albumów zupełnie nieobecnego. Taki ukłon w stronę ortodoksyjnych wyznawców oraz poniekąd i własnej estetycznej tożsamości nie mógł jednak sam w sobie gwarantować sukcesu, wyzwaniem było wpisanie go w kontekst aktualnej kondycji artystycznej zespołu.

Ta z kolei przedstawiała się dość przeciętnie – Kansas połowy lat 90. to zespół w gruncie rzeczy niewiele różniący się od będących wówczas w modzie nieco młodszych przedstawicieli rockowego grania, usilnie, często z marnym skutkiem próbujących zainteresować masy łączeniem hard-rocka z radiowym banałem. W tym jednak kontekście skrzypce robią olbrzymią różnicę – całość nie brzmi pospolicie, przeciętne w gruncie rzeczy kompozycje zyskują specyficzny urok. Wypada przy tym oddać grupie, że zdarzyły się jej tu i piosenki same w sobie więcej niż przeciętne, jak „Black Fathom 4”, czy najdosłowniej celujące w przeszłość Kansas - „Cold Grey Morning” i ładna reminiscencja „Dust In The Wind” – zamykająca album „Peaceful And Warm”.

„Freaks Of Nature” można oceniać różnie. To płyta za słaba, by można postawić ją obok najlepszych pozycji z lat 70., ale i trzymająca zbyt solidny poziom, by wrzucić ją do jednego wora z miałkimi propozycjami wydawanymi dekadę przed nią. Posiada jednak bardzo istotną cechę, którą warto wyróżnić przy jej ocenie - to fakt, że tym razem Kansas nie zdecydowali się na porzucenie swoich najbardziej charakterystycznych cech, aby wpisać się w modny trend, ale poszli z duchem czasu, wykorzystując środki, którymi wyrobili własną markę i osobliwy styl.

MLWZ album na 15-lecie