IQ - Tales From The Lush Attic (30th Anniversary collector's edition)

Andrzej Rafał Błaszkiewicz,

ImageMimo że upłynęło już tyle lat, ja wciąż pamiętam ten debiut. Obok pierwszego krążka Marillion to właśnie „Tales From The Lush Attic” firmowane sygnaturą IQ wstrząsnęło moim dotychczasowym światem muzycznym. Spoglądam wstecz i widzę młodzieńca, który musi zaaklimatyzować się wśród nowych ludzi i w nowym miejscu, gdzie przyszło mu żyć i uczyć się. Muzyka to jedyna stała w życiu tego dorastającego chłopca. Jego wrażliwość muzyczna wystawiana na ciągłą próbę asymilowania coraz to nowych dźwięków, miotana pomiędzy nową falą, New Romantic a klasyką rocka, szuka czegoś uniwersalnego. Opowieści o debiutach zespołów Marillion, Pendragon i Pallas odłóżmy na inną okazję. Skupmy się na IQ. W owym mieście, w którym przyszło mi dorastać, był sklep z płytami winylowymi, kasetami i różnościami muzycznymi. Schodziło się do niego po stopniach w dół, do piwnicy. Tak na marginesie dodam, że ten sklep jeszcze tam jest, więc celowo unikam nazwy miasta i nazwy sklepu, by nikt mnie nie posądził o reklamę. Dałem się we znaki sprzedawcy, który chyba miał dość moich ciągłych pytań o różne wynalazki. Pewnego dnia zagaił do mnie w taki sposób: „Młody, jak lubisz Marillion, to kup sobie tę płytę, spodoba Ci się”. Był to właśnie debiutancki album IQ. Piszę o tych różnych historiach związanych z poznawaniem muzyki, ponieważ okazuje się, że z wieloma płytami związane są jakieś życiowe przygody. Muzyka nierozerwalnie towarzyszyła mojej życiowej drodze, odkąd świadomie zacząłem sterować własnym losem. Mam wewnętrzną potrzebę dzielenia się moimi muzycznymi przygodami.

Wróćmy jednak do bohatera tego tekstu. Kiedy założyłem ten tajemniczy krążek na talerz gramofonu, zostałem rażony pięknem tej muzyki jak przysłowiowym piorunem. „Tales From The Lush Attic” jest doskonale znany fanom gatunku, więc o samej płycie chyba nie warto zbyt wiele pisać. Jej niewyczerpany do dziś ładunek emocjonalny, niepowtarzalne i nieprzemijające piękno, szczera prawda zaklęta w tych dźwiękach w połowie lat 80. zawładnęły moją muzyczną tożsamością. Spoglądając na fonograficzny dorobek IQ możemy śmiało stwierdzić, że mamy do czynienia z klasycznym progresywno-rockowym zespołem, którego wkład w rozwój art rocka jest wcale nie mniejszy niż Genesis czy Yes. Okoliczności nagrania i wydania debiutanckiej płyty są również typowe dla muzyków trudniących się rockowym rzemiosłem w latach 70. Skromny budżet, niewielkie możliwości techniczne, jednak efekt w postaci utrwalonej muzyki wręcz nieziemski. O tym, jakie były dalsze losy IQ fani rocka progresywnego doskonale wiedzą, a płyta „Tales From The Lush Attic” na stałe weszła do kanonu muzyki jako pozycja obowiązkowa. I nikomu nawet przez myśl nie przeszło wypominać muzykom z IQ, że ten krążek jest słabo nagrany, że słychać braki techniczne. Zawarta na nim muzyka najwyższych lotów nie pozwala skupiać się na takich detalach.

Mija trzydzieści lat od debiutu i oto dostajemy od zespołu ten sam krążek, ale jakby jakiś inny, nowy, świeży, chociaż muzyka już wiekowa. Muzycy z IQ postanowili posunąć się o krok dalej i dokonali przebudowy „Tales From Lush Attic” w jego trzydziestą rocznicę urodzin. Przyznam, że byłem pełen obaw. Tak jak mocno kocham muzykę IQ, tak po wydaniu dość opasłego boxu „The Wake” byłem zdegustowany. Wydawnictwo jest okazałe i bogate w przeróżne skarby, wyczerpując tym samym temat związany z okresem „The Wake”, ale tzw. remaster materiału podstawowego rozłożył to arcydzieło na łopatki. Z „Tales From The Lush Attic” jest jednak inaczej. Jego rekonstrukcja, ponowny i przemyślany mix zrobiony z pietyzmem i rozwagą, nadały temu muzycznemu klejnotowi jeszcze więcej szlachetności.

„Tales From The Lush Attic 2013 Remix” to efekt żmudnej pracy i dogłębnych przemyśleń członków IQ. Ścieżka po ścieżce, sekunda po sekundzie poukładali oni jeszcze raz tę dźwiękową baśń, którą wymyśli ponad trzydzieści lat temu. Finał tych prac jest taki, iż debiutancki krążek IQ brzmi tak jak zapewne brzmieć powinien przed trzydziestu laty. Zabrakło jednak wtedy najzwyczajniej w świecie środków technicznych, funduszy, a co za tym idzie – czasu na realizację muzycznej wizji.

Obecnie IQ to niezależna inicjatywa muzyczna, mająca ugruntowaną pozycję w rockowej przestrzeni, dlatego też muzycy mogli pozwolić sobie na komfort pracy nad kultowym już dziełem. Świeże spojrzenie z dystansu na kompozycje liczące sobie już ponad 30 lat, a także otwarty umysł, pozwoliły przeanalizować ten materiał. Zapytasz drogi czytelniku – co takiego muzycy z IQ dokonali, że ja, autor tego tekstu, wielbiciel czarnego krążka najlepiej z pierwszego tłoczenia, popadam w zachwyt nad odrestaurowanym „Tales From The Lush Attic”.

Z całym szacunkiem do pierwowzoru albumu z 1983 roku, ale na nowym wcieleniu tego materiału słychać go więcej, szerzej, gęściej. Przede wszystkim mocno poszerzono bazę brzmienia instrumentów klawiszowych. Melotron brzmi głębiej, wyraźniej i stabilniej, moogi są bardziej podkreślone, gdy Martin Orford gra na nich solówki. Poprawiono największy mankament, a mianowicie perkusję. Tłukła się ona niemiłosiernie w pierwszej wersji płyty. Dodam, że przed laty wcale mi to nie przeszkadzało. Ta surowość „Tales From The Lush Attic” wręcz mnie zachwycała. Jednak po latach tamto brzmienie wydaje mi się zbyt ubogie. Bębny na „Tales From The Lush Attic 2013 Remix” brzmią tak jak na współczesnych albumach IQ, czyli wyraźnie, lecz bez nadmiernej ekspansji. Wokale Petera też poprawiono, a raczej wyrównano proporcje pomiędzy ścianą dźwięków, jaką tworzą muzycy, a treścią wyśpiewywaną przez Petera. Najmniej poprawiono w zakresie gitar, ale one na pierwowzorze brzmiały całkiem nieźle. Na pierwszy rzut ucha usłyszysz drogi czytelniku niesamowitą równowagę i harmonię, jaką niosą ze sobą dokonane zabiegi.

Zespół IQ zadbał także o stronę marketingową ponownego wydania „Tales From The Lush Attic”. Wykorzystując powracającą modę na płyty winylowe „Tales…” ukazało również na tym nośniku. Compact Disc natomiast zapakowany został w grubą książeczkę, w którą można zagłębić się oglądając zdjęcia z tamtych lat oraz wczytując się w szereg ciekawostek i niezbędnych informacji o tym wydawnictwie. Dodatkowo wzbogacono tę edycję o krążek DVD Audio, na którym dla najbardziej wybrednych przygotowano tzw. mix 5.1. Ach, i okładka jest taka jak przed laty, czyli obraz w ciemnogranatowej ramie. Na wznowieniu wytwórni GEP z połowy lat 90. okładka ma jasnoniebieską ramkę. To taki szczegół. Całość znakomicie uzupełniają bonusy, a wśród nich uwagę przykuwa kompozycja „Winter” nagrana przy okazji rekonstrukcji „Tales From The Lush Attic”. Jest to krótka impresja muzyczna, jak na możliwości IQ nawet za krótka, ale niebanalna i pełna niepowtarzalnego uroku, stonowana i ciepła.

Rzadko to czynię, ale tym razem polecam z całego serca to wznowienie. Dzięki wyobraźni i pomysłowi personelu IQ oraz ich nieokiełznanej fantazji dostaliśmy do naszych rąk klejnot lśniący unikalnym wręcz światłem. „Tales From The Lush Attic 2013 Remix” będzie ozdobą niejednej kolekcji płytowej.

MLWZ album na 15-lecie