Yes - Yessongs

Przemysław Stochmal,

ImagePierwszy album koncertowy w dyskografii Yes należy do najlepszych publikacji tego typu w historii prog-rocka. Grupa miała znacznie więcej szczęścia, niż niektórzy jej progresywni koledzy, wydający swoje pierwsze płyty live (by wspomnieć choćby Genesis i mocno wybiórczy „Genesis Live”, czy King Crimson i katastrofalnie brzmiący „Earthbound”), wszak udało się przygotować wydawnictwo imponujące rozmiarem, w sposób wyczerpujący prezentujące repertuar zespołu, a przy tym na ogół posiadające przyzwoitą jakość dźwięku.

Wraz z przygotowywaniem „Yessongs” grupa stanęła przed innym wyzwaniem, aniżeli sprostanie ograniczeniom pojemnościowym płyty, czy nieposiadanie odpowiednio brzmiącej rejestracji występu. Zdecydowano się bowiem zestaw kompozycji nagranych z udziałem nowego perkusisty, Alana White’a, uzupełnić niemal półgodzinnym wycinkiem z koncertów, na których rola bębniącego należała jeszcze do Billa Bruforda. Sam montaż tegoż zestawienia, choć gdzieniegdzie nieco naiwny, nie budzi sprzeciwu, wszak cały album pomyślano tak, aby pochodzące z kilku koncertów nagrania stwarzały wrażenie jednego show. Połączenie w jedną całość występów dwóch odmiennych konfiguracji personalnych ułatwia odbiór koncertówki jako całości, ale dwa ogromnie różne style nadawania rytmu przez obydwu perkusistów nie pozostawiają wątpliwości, że korzystano z odległych czasowo taśm.

Takie zestawienie można by oceniać różnie, jednak zupełnie usprawiedliwia je wysoka artystyczna jakość obu odsłon Yes, wskazująca, że w warunkach scenicznych z muzyki grupy bije przeogromna rockowa siła. Styl, w jaki White interpretuje repertuar nowych kolegów, mimo oczywistych różnic w stosunku do poprzednika, jak również jego zrozumienie i zgranie  z pozostałymi muzykami w tak wymagającym repertuarze jest równie wart grzechu, jak znakomite wykonania z Brufordem w składzie. Ciężko czynić zarzut z kompilacji nagrań dwóch line-upów, skoro każdy z nich dostarczył wersje koncertowe pozostawiające daleko w tyle studyjne pierwowzory, by wspomnieć choćby „The Fish” - mocarne, dziesięciominutowe basowe solo Squire’a z towarzyszącym mu Brufordem (łabędzi śpiew nieodżałowanej sekcji rytmicznej), czy pełen rockandrollowego wigoru, ozdobiony paraliżującym solo gitarowym „Yours Is No Disgrace”.

Wiele znakomitej muzyki, która w pierwotnej wersji zmieściła się na aż trzech winylowych krążkach; ponad dwie koncertowe godziny, do których zawsze wraca się z silnym biciem serca.

PS: Sympatycy pierwszej płyty koncertowej Yes przed kilkoma dniami zostali uhonorowani gigantycznym prezentem w postaci czternastopłytowego boxu „Progeny: Seven Shows from Seventy-Two”, zawierającego siedem pełnych koncertów z jesieni 1972 roku, pośród których znalazły się i niektóre nagrania dostępne na „Yessongs”. Tak imponujący wyjątek z archiwów daje zarówno powody do radości, jak i promyk nadziei, że i wcześniejsze zapisy, obejmujące występy składu z Billem Brufordem, również kiedyś można będzie poznać.

MLWZ album na 15-lecie