FM - City Of Fear

Artur Chachlowski,

ImagePamiętam jakby to było wczoraj… 1980 rok. Wiosenne popołudnie, prawdopodobnie był to marzec lub kwiecień. W jednej ze swoich Trójkowych audycji Piotr Kaczkowski zapowiedział: „A teraz pewien zespół z Kanady. Jego płyta nosi tytuł „City Of Fear”. Posłuchajmy z niej utworu „Zgubiono, znaleziono”… I rozległy się pierwsze dźwięki tego nagrania. Magia. Tajemnica. Czar. Klimat… Wszystko to perfekcyjnie zadziałało od pierwszego przesłuchania. Utwór „Lost And Found” stał się prawdziwym przebojem wśród Trójkowych słuchaczy (a przypominam, wszystko to działo się dwa lata przed inauguracją słynnej Listy Przebojów Marka Niedźwieckiego) i zapewne wielu pamięta go jeszcze do dziś. Choć wykonująca go pochodząca z Toronto grupa FM nie miała tyle szczęścia i pamięć o niej przetrwała zapewne tylko u nielicznych.

Kanadyjski FM (świadomie podkreślam słowo 'kanadyjski', gdyż w Wielkiej Brytanii od ponad 30 lat działa pod taką samą nazwą zupełnie inny zespół) powstał w 1976 roku, kiedy to spotkali się ze sobą grający na instrumentach klawiszowych i basie wokalista Cameron Hawkins oraz skrzypek ukrywający się pod pseudonimem Nash The Slash (prawdziwe nazwisko: Jeff Plewman). Początkowo występowali w dwuosobowym składzie: Cameron Hawkins niczym gwiazdor rocka przyczajony na przedzie sceny za swoimi syntezatorami, a Nash The Slash schowany gdzieś w tyle, odziany zazwyczaj w ciemne, zakapturzone stroje i maski, obsługujący automat perkusyjny i grający na swoich skrzypcach i mandolinie. Ten efemeryczny duet rozrósł się do trzyosobowego składu, kiedy to do FM dołączył perkusista Martin Deller. Szybko przyszły pierwsze, małe bo małe, ale zawsze, sukcesy: występ w popularnym programie kanadyjskiej TV „Who’s Next”, prestiżowy koncert w renomowanej sali Space Art Gallery w Toronto, no i wreszcie pierwszy album zatytułowany „Black Noise”, który ukazał się nakładem wytwórni CBS.

Niedługo po jego wydaniu, Nash the Slash opuścił FM, zarzucając kolegom gwałtowny zwrot w stronę komercji. Jego miejsce zajął Ben Mink, z którym szybko przystąpiono do nagrania kolejnej płyty „Direct To Disc” (wznawianą później jako „Headroom”). Ciekawostką z nią związaną jest fakt, iż nagrano ją w technologii bezpośredniej rejestracji dźwięku na winylowej płycie-matce bez pośrednictwa taśmy magnetofonowej. Umiarkowany sukces tego wydawnictwa pomógł zespołowi w podpisaniu kontraktu z uważaną wówczas za najważniejszą kanadyjską wytwórnię płytową, firmą Passport Records. Jej nakładem latem 1979 roku ukazał się kolejny album FM „Surveillance”, a rok później wspomniana już we wstępie i zaprezentowana przez Piotra Kaczkowskiego w Polskim Radio płyta „City Of Fear”.

Nie będę owijać w bawełnę. Od razu powiem, że nie tylko z powodów sentymentalnych (1980 to był pamiętny rok!) uważam osobiście tę płytę za jedną z moich ulubionych. W ogóle. W całej historii mojego słuchania muzyki uzbierało się takich „szczególnych” płyt co najwyżej kilka, no może kilkanaście. I właśnie dlatego chciałbym podkreślić ten fakt w niniejszej recenzji: album „City Of Fear” w mojej pamięci zajmuje miejsce szczególne i uważam go za jedną z moich prywatnych obowiązkowych pozycji, które zabrałbym ze sobą na bezludną wyspę. Taka to płyta!

Wtedy, wiosną 1980 roku, zarejestrowałem ją sobie z radia na kasecie magnetofonowej na popularnym wówczas radioodtwarzaczu marki Grundig. Grundiga dawno juz nie ma, kaseta przetrwała do dzisiaj, choć przez długie lata, odkąd podstawowym nośnikiem dźwięku stała się płyta CD, już jej nie słuchałem. Ze względu na niesamowicie niekorzystny zbieg okoliczności (rozpad zespołu, bankructwo wytwórni Passport Records) album „City Of Fear” długo nie ukazywał się na płycie kompaktowej. Stan ten trwał aż do jesieni 2013 roku, kiedy to firma Esoteric Recordings, posługując się techniką „no noise precessing” przeniosła materiał z winylowego longplaya na CD (taśma-matka uległa zagubieniu).

Dzięki temu wznowieniu album „City Of Fear” zyskał nowe życie. Pomimo upływu już 35 lat od swojej premiery, wypełniający go materiał nie zestarzał się ani trochę. Nadal brzmi świeżo i przekonywująco. Co uzmysłowiło mi teraz, po latach, że nie myliłem się ani trochę trzymając przez lata pamięć o tym wydawnictwie blisko mojego serca.

Płyta „City Of Fear” została wyprodukowana przez znanego ze współpracy z Peterem Gabrielem i grupą Nektar, Larry’ego Fasta. Choć trudno przypisać ją wprost do gatunku określanego mianem „rocka progresywnego”, to nie sposób nie zauważyć licznych artrockowych pierwiastków obecnych na tym albumie. Zasługa to przede wszystkim niezliczonej liczbie dobrych melodii, niezwykle miłemu dla uszu głosu Camerona Hawkinsa oraz świetnych partii skrzypiec w wykonaniu Bena Minka. Nie sposób nie wspomnieć też o intrygującym brzmieniu analogowych syntezatorów (zespół konsekwentnie nie używał w swoim instrumentarium gitar elektrycznych), które nadawały muzyce FM delikatnego posmaku popularnego wówczas nurtu „new wave”. Album składał się z dziesięciu stosunkowo krótkich (zazwyczaj poniżej 5 minut) piosenek. Wszystkie, bez wyjątku, są wyraziste, błyskawicznie zapadają w pamięć, zagrane są zadziornie i, jak na tamte czasy, brzmią w bardzo nowoczesny sposób.

Całość rozpoczyna się od mocnego uderzenia w postaci utworu zatytułowanego – uwaga! uwaga! – „Krakow”. To efektownie wykonany wstęp, idealnie wprowadzający w klimat reszty płyty. Utwór, od którego polecam każdemu rozpoczynanie poznawania dorobku kanadyjskiego FM. Kolejne nagranie, „Power”, podtrzymuje dobre tempo i cechuje się szybko zapadającym w pamięć refrenem. Następnie mamy jeszcze jeden niezwykle melodyjny, a przy tym rytmiczny numer „Truth Or Consequencies”. Po nim rozpoczyna się wspomniany już we wstępie tej recenzji, spopularyzowany przez Piotra Kaczkowskiego utwór „Lost And Found”. Odrobinę inny od całej reszty, nieco eksperymentalny i mocno nasączony elektroniką. I choć stał się on u nas lokalnym przebojem, to przyznam szczerze, że nigdy nie należał do moich faworytów. Za taki może na pewno uchodzić kończący oryginalnie stronę ‘A’ winylowego wydawnictwa utwór tytułowy. Genialny fanfarowy wstęp zagrany na syntezatorach, świetny refren, melodia wpadająca w ucho i ta wyborna solówka przypominająca serię z karabinu maszynowego… Rewelacja!

Druga część płyty to nadal wysoki poziom wykonawczy i kolejnych pięć genialnie brzmiących piosenek. „Surface To Air” to jeszcze jeden kandydat do miana prawdziwego „gwoździa programu” tego wydawnictwa. Świetny opener strony ‘B’. Następujące po nim „Up To You” i „Silence” to także utwory z gatunku takich, które już przy pierwszym przesłuchaniu zapadają w pamięć i nie chcą się uwolnić od słuchacza. Ale i tak najlepsze czeka nas na samym końcu. Dwa zamykające płytę „City Of Fear” nagrania to pozycje różne od pozostałych. Różne, ale piękne swoim własnym pięknem. ”Riding The Thunder” to najgłośniejszy i najbardziej chyba zbliżający się do metalowej stylistyki utwór w całym repertuarze FM. Drapieżny i szaleńczy, chwilami brutalny, ale przy tym nadal niesamowicie melodyjny, wręcz do tego stopnia, że można go nazwać porywającym. Po tym sonicznym tour de force rozlega się kończąca album fortepianowa ballada „Nobody At All” okraszona przewspaniałą partią skrzypiec i wiolonczeli. To utwór przypominający kołysankę, będący prawdziwym wyciszeniem i ukoronowaniem wspaniałej muzyki wypełniającej tej fenomenalny album. Takich utworów chciałoby się słuchać i słuchać. Bez końca…

Piękna to płyta. Niestety mocno już zapomniana. Zapomniana płyta jeszcze bardziej zapomnianego zespołu. Bo tak naprawdę była ona łabędziem śpiewem FM. Po jej wydaniu losy zespołu potoczyły się szybko i to w nienajlepszym kierunku. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść… 

MLWZ album na 15-lecie