Camel - Stationary Traveller

Andrzej Barwicki,

ImageJuż ponad trzydzieści lat minęło od czasu ukazania się studyjnego wydawnictwa grupy Camel zatytułowanego „Stationary Traveller”. Dzisiaj to jedna z najbardziej ulubionych przez fanów Wielbłąda płyta, ale trzeba wiedzieć, że wtedy różnie odbierano twórczość tego brytyjskiego zespołu. Wcześniejszy okres działalności Camela, szczególnie lata 70., zwrócił i przyciągnął uwagę słuchaczy. Później dowodzona przez Andy Latimera grupa odeszła od pewnego ugruntowanego poziomu, co jednak spotkało się z nienajlepszym odbiorem kilku kolejnych wydawnictw. Pomimo tych artystycznych i związanych z nimi personalnych zawirowań zespół potrafił przetrwać nienajlepszą koniekturę, a jego muzyczne dokonania z lat 80. cechuje może nie tak ambitna, ale niewątpliwie wartościowa muzyka, którą również warto poznać.

W postaci krążka „Stationary Traveller” Andy Latimer zrealizował album, który pomimo swej prostoty ma głębszy emocjonalny wymiar, co nie spotykało się ze zrozumieniem wszystkich odbiorców, w szczególności tych doszukujących się bardziej rozbudowanych form muzycznych. Instrumentalny początek płyty „Stationary Traveller” w postaci nagrania „Pressure Points” łączy wspaniałą gitarę Mistrza Andy’ego z klawiszowym podkładem, po którym wybrzmiewa utwór „Refugee”. Cechuje go przystępna i rytmiczna melodia z gatunku poprawnego rocka typowego dla lat 80. W nagraniu „Vopos” gitara lidera w oszczędnym wykonaniu wyłania się spod elektronicznej perkusji i klawiszy. Następnie przy wiodących prym syntezatorowych zagrywkach wyłania się przebojowe „Cloak And Dagger Man”, a wokalnie udziela się w nim zmarły niedawno Chris Rainbow. Tytułowa kompozycja należy do tych, które powodują dreszcze emocji. Z każdym kolejnym dźwiękiem, który tutaj słyszymy jej rozpływająca się w naszej duszy magia odzwierciedla wielkość artystyczną lidera grupy Camel. Przy słuchaniu łezka kręci się w kącie oka…

Rozpoczynający oryginalnie stronę B winylowej płyty przebojowy utwór „West Berlin” trąci prostą i w sumie dość komercyjną linia melodyczną, ale trzeba wiedzieć, że w krótkim czasie stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnym nagrań w dyskografii Camela, co może nieco zdziwić najstarszych i najwierniejszych fanów tego zespołu. Romantycy będą usatysfakcjonowani kolejnym utworem. W „Fingertips” mamy zgrabną melodię, ładnie wykonaną partię na saksofonie i bezprogowym basie, a całość zbliża nas do lekko jazzujących tonacji wartych wielokrotnego wysłuchania. Dwa utwory instrumentalne „Missing” oraz „After Words” umieszczone jeden po drugim niosą ze sobą refleksję i moment niepewności wyrażony poprzez stosownie budowane brzmienie i napięcie. Finał albumu to fenomenalny „Long Goodbyes”. Ile tu wrażliwości wyrażonej słowem i dźwiękiem, ile uczucia, które tak trafnie wyraża cały ówczesny skład Camela… Tak jak wtedy, również i dzisiaj ta kompozycja wzbudza wiele emocji, a gitara Latimera znowu wyciska łzy z naszych oczu.

Bardzo tęsknię za tamtymi chwilami sprzed 30 lat, gdy kreowała się moja muzyczna osobowość, za sprawą między innymi audycji Tomka Beksińskiego, kiedy to długie wieczory spędzałem przed radioodbiornikiem wsłuchując się w audycje, w których przybliżał nam dorobek grupy Camel. Dziś słuchając po raz kolejny tej fantastycznej płyty balansuję pomiędzy tym co minęło, a tym co się wydarzy niebawem podczas trasy koncertowej w naszym kraju. Andy Latimer należy do tych muzyków, których twórczość przyjmuje się w całości albo odrzuca wszystko. Wiem, że nie tylko ja zaliczam się do tych pierwszych, dlatego też „Stationary Traveller” jest dla mnie, i myślę, że tysięcy innych słuchaczy, niezwykle ważną płytą.

MLWZ album na 15-lecie