Camel - Nude

Marek J. Śmietański,

ImageGdyby Camel był zespołem metalowym (chociaż z taką nazwą to mało prawdopodobne), to tytuł płyty budziłby oczywiste skojarzenia z nagością. W rzeczywistości jest to imię żołnierza armii japońskiej, którego losy stanowią kanwę albumu. Pomysł pochodził od przyszłej żony Andy’ego Latimera- Susan Hoover, która nie tylko znalazła autentyczną historię Japończyków porzuconych przez armię w dżungli na filipińskiej wyspie Lubang podczas drugiej wojny światowej, ale również napisała prawie wszystkie teksty. Tytuł jest tak naprawdę fikcyjnym imieniem porucznika Hiro Onody, a opowieść została umiejscowiona na wyspie Guam. Uznany za zmarłego, został przypadkowo odnaleziony wiele lat po wojnie i nie chciał uwierzyć, że już dawno się skończyła. Dalej wątek opowiadany na płycie różni się od faktów, gdyż w przeciwieństwie do swojego pierwowzoru Nude został siłą zabrany do Japonii, nie był w stanie zaadaptować się do życia w ojczyźnie i po kilku latach znikł na jeden dzień z domu. Ponieważ dalszych wydarzeń już nie poznajemy, można tylko przypuszczać, że prawdopodobnie wrócił on na swoją tropikalną wyspę.

Droga Wielbłąda do końcowego efektu nie była usłana różami, choć muzyczna karawana nie podążała przez pustynię. Po nagraniu w 1979 roku jednej z najsłabszych płyt w karierze ["I Can See Your House From Here" nie została przyjęta najlepiej przez fanów jako zbyt komercyjna - przyp. aut.] zespół przechodził przeróżne perypetie. W 1980 roku po raz pierwszy w historii nie ukazała się żadna płyta Camela, podczas trasy koncertowej perkusista Andy Ward nadużywał alkoholu i imprezował ponad miarę, nie radząc sobie ze sobą i długimi wyjazdami*, dotychczasowi klawiszowcy Jan Schelhaas i Kit Watkins, mimo że nie opuścili zespołu, odmówili udziału w kolejnych nagraniach, chęć stworzenia concept albumu natrafiła na trudności związane z brakiem sensownego pomysłu na temat… Lider grupy Andy Latimer w jednym z wywiadów przyznał, że odpowiedniego materiału na fabułę szukał niemal dwa lata. Były jednak i pozytywne wydarzenia, np. powrót do składu nietuzinkowego saksofonisty Mela Collinsa czy wymarzona realizacja nagrań w legendarnym studio Abbey Road, gdzie dochodziło do niespodziewanych spotkań np. z Paulem McCartneyem czy Kate Bush.

Na płycie znajdziemy dwa rodzaje utworów: piosenki związane z ogólnym konceptem, które są progresywne bardziej z nazwy niż muzyki oraz czysto symfoniczno-progresywne kompozycje instrumentalne, w których czuć ewidentną zbieżność z najlepszymi momentami pierwszych czterech albumów Camela. Wszystkie kawałki są krótkie - czas najdłuższego nie przekracza 5 minut i w większości właściwie trudno rozważać je jako osobne, niezależne części. Począwszy od "Drafted" kolejnych sześć instrumentalnych utworów płynnie przechodzi jeden w drugi, budując umiejętnie odpowiedni nastrój. Ilustrują one m.in. pobór Nude do wojska, utratę podkomendnych, wieloletni pobyt na wyspie, a te z drugiej strony płyty winylowej również przypadkowe odnalezienie, powrót do 'domu' i trudy 'normalnego' życia. Album jest pełen kontrastów: delikatne i kojące "Landscapes" i etniczny "Changing Places" przeciwstawiają się swoją atmosferą rockującym i szybkim "Docks" i "Beached", które je poprzedzają, a subtelne "Reflections" stanowi doskonały wstęp do niespokojnego "Captured", w którym partie klawiszowe Duncana Mackaya** brzmią tak jakby nie oparły się manieryzmowi kojarzącemu się z falą new wave.

Zwykle daleki jestem od porównywania recenzowanych płyt z dziełami innych wykonawcami czy też wskazywania inspiracji, ale w przypadku "Nude", który nie jest arcydziełem na miarę "The Snow Goose", ale również mógłby być soundtrackiem, takie porównania pojawiły się niemal naturalnie. Uważny słuchacz odkryje tu echa Dire Straits, Genesis, Alan Parsons Project, Pink Floyd czy nawet Supertramp. Charakterystyczna łkająca gitara Latimera, doskonały bas Colina Bassa [na czym innym można grać z takim nazwiskiem - przyp. aut.], melodyjne wokale obydwu z nich, skomplikowane partie perkusyjne Warda, wielowątkowe pasaże klawiszowe Mackaya, wzbogacone zadziornym saksofonem i łagodnym fletem Mela Collinsa tworzą niezaprzeczalnie spójną całość, która zasługuje na uwagę nie tylko sympatyków symfonicznego rocka progresywnego.

Należy podkreślić, że płyta powstała w okresie dominacji hard rocka, heavy metalu i punk rocka oraz początków popularności muzyki new wave, rocka alternatywnego i grunge’u, a inne słynne grupy prog-rockowe albo już nie istniały (Emerson, Lake & Palmer, Gentle Giant, Van Der Graaf Generator), albo wydawały jedne z najsłabszych albumów w swojej karierze (Genesis, Jethro Tull, Yes, Kansas, The Moody Blues, Renaissance, Uriah Heep). Wśród starej gwardii Camel był zatem chlubnym wyjątkiem obok Rush i King Crimson, którym również udało się w pierwszej połowie lat 80. utrzymać wysoki poziom, nie zmieniając obranego kierunku stylistycznego. Mimo kilku słabszych punktów, płyta pokazuje dojrzałość i pomysłowość zespołu, którego kolejne concept albumy ("Dust And Dreams" i "Harbour Of Tears" wydane w latach 90.) były udaną kontynuacją podejścia wypracowanego przy „Śnieżnej Gęsi” i „Nude”. Ostrzegam jednak, że frapujące piękno recenzowanego tu albumu można odkryć dopiero po kilku przesłuchaniach. Z drugiej strony, jest to również przykład na to, jak można stworzyć urzekające kompozycje ilustrujące dźwiękowo emocjonalną historię, nie pozwalając jednocześnie, aby fabuła dominowała nad muzyką. Bardzo udany i świetnie wyprodukowany*** mariaż symfonicznego prog-rocka z popem, new age i world music.

*) Andy Ward niedługo po wydaniu płyty próbował popełnić samobójstwo, na szczęście bez skutku. Kilka miesięcy później opuścił zespół;

**) Duncan Mackay znany ze współpracy z Kate Bush, Alan Parsons Project czy 10cc został dokooptowany do zespołu jedynie do nagrania na płycie partii klawiszowych;

***) Album wyprodukowali Tony Clark (pracował m.in. przy najlepszych płytach The Moody Blues i "Legend" Clannadu - soundtracku z serialu „Robin z Sherwood”) i Haydn Bendall (opowiadał za pierwsze pięć płyt Kate Bush, a później również za "Still Got The Blues" Gary Moore’a, "Secret Story" Pata Metheny’ego oraz współpracował z Alanem Parsonsem i Katie Malua).

MLWZ album na 15-lecie