D Project

Yes - Fragile

Mateusz Zawada,

ImageNiewiele ponad trzy tygodnie minęły od śmierci Chrisa Squire’a. Podejrzewam, że wielu miłośników progresji odświeżyło sobie wtedy dokonania basisty, między innymi te spod szyldu Yes. Dwie płyty, które pierwsze przyszły mi do głowy, to „Fragile” oraz jej następczyni w dyskografii zespołu, czyli „Close To The Edge”.

O „Fragile” piszę nieprzypadkowo. To od tej płyty zaczął się prawdziwie wielki Yes, i nawet jeśli kolejny album jest jeszcze lepszy, to właśnie ona była kamieniem milowym nie tylko dla zespołu, lecz również dla muzyki rockowej. Jedną z ważniejszych, jeśli nie najważniejszą przyczyną tej zmiany, było zastąpienie pianisty Tony’ego Kaya przez znanego wcześniej z grupy The Strawbs, Ricka Wakemana.

Czwarty krążek zespołu tworzył jeden z najbardziej rozpoznawalnych i najlepszych składów rockowych w historii: Jon Anderson, Steve Howe, Chris Squire, wspomniany Rick Wakeman oraz Bill Bruford. Jak sądzę, żadnego z nich nie trzeba przedstawiać. Na płytę składa się dziewięć utworów. Niejako dla podkreślenia nowego okresu i osiągnięcia statusu supergrupy oraz, jak twierdzi Bruford, by zainteresować szerszą grupę odbiorców, panowie użyli dość powszechnie stosowanego wówczas zabiegu - każdy muzyk napisał miniaturkę muzyczną zachowując pełną swobodę przy komponowaniu. Kolejno prezentują się nam: Wakeman z aranżacją utworu Brahmsa „Cans And Brahms”, Anderson z mantryczną wręcz „We Have Heaven”, Bruford w najkrótszym, trzydziestopięciosekundowysm „Five Per Cent For Nothing”, Squire w „The Fish (Schindleria Praematurus)” i Howe w podchodzącym pod flamenco „Mood For A Day”. Wszystkie one są bardzo różnorodne, a najlepiej z nich wszystkich wypadają „We Have Heaven” oraz „Mood For A Day”. Przyjęta forma miniatury i ich ilość sprawia, że płyta nie ma żadnego konkretnego kształtu. Traktować ją można jako swego rodzaju preludium do późniejszych dokonań składu – na ich podstawie bez czytania wkładek czy internetu możemy stwierdzić z dość dużą skutecznością kto miał największy wkład przy powstaniu utworu i kto w którym momencie miał pozostawione większe pole do popisu.

Prawdziwą esencją „Fragile” są jednak długie kompozycje. Album otwiera sztandarowy „Roundabout”, dalej mamy „South Side Of The Sky”, „Long Distance Runaround” oraz wieńczący płytę, najdłuższy i moim zdaniem najlepszy “Heart Of The Sunrise”. Wszystkie są dość podobne konstrukcyjnie: dynamiczne, z wyraźnymi i dość długimi przerwami na muzykę spokojniejszą, momentami wręcz melancholijną. Skupię się nieco na ostatnim utworze. Jest on kwintesencją progresywnego grania, które nie odstręcza słuchacza, mimo że posiada dużo wolt rytmicznych. Dzieje się tak dzięki delikatnie zagranym fragmentom, w których na pierwszy plan wychodzi wokal Andersona, który w kolejnych powtarzających się na przemian cyklach (dynamiczny i niepokojący instrumental – spokojna piosenka) intensyfikuje się. Zakończenie „Heart Of The Sunrise” jest również ciekawe, ze względu na nawiązanie do „We Have Heaven”. W miniaturce, po właściwym temacie słyszymy zamykane drzwi oraz oddalające się kroki. W końcówce zamykającego kawałka słyszymy otwierające się drzwi i motyw z miniatury Andersona. O co chodzi – niech każdy dopowie już sobie sam. Ostatnie słowo o tym utworze: niektóre momenty przypominają mi bardzo mocno późniejsze solowe dokonania progresywnego erudyty Stevena Wilsona. Idę o zakład, że wielu słuchaczy również będzie miało takie skojarzenia.

Płyta pomimo zróżnicowania i nawet pewnej chaotyczności pozostawia bardzo dobre wrażenie. Jest porządnie zagrana (jakżeby inaczej przy takim składzie!), jednak z pewną dozą lekkości, można wręcz powiedzieć, że jest oczkiem puszczonym na zachętę, przed kolejnymi bardziej symfonicznymi i zwartymi projektami grupy. Pozostaje mi jedynie polecić tę płytę osobom, które ją pominęły oraz zachęcić do powtórnego nadstawienia ucha tym, którzy dawno nie słuchali muzyki Yes.
MLWZ album na 15-lecie