Marillion - Script For A Jester's Tear

Przemysław Stochmal,

ImageKiedy pod koniec lat 70. progrockowi artyści otrzymywali razy od punkowych rewolucjonistów, a w miejsce ich rozbudowanych utworów pojawiały się krótkie piosenki,  rzesze nieco młodszych muzyków, zafascynowanych światem Genesis, Yes, czy Pink Floyd, próbowały stworzyć coś, co mogłoby zaprzeczyć teorii, jakoby po kilku twórczych latach gatunek progresywnego rocka niechybnie się wyczerpał. Młodzieńczy zapał i zamiłowanie do „Ciemnej Strony Księżyca” nie mogły jednak wystarczyć, by wskrzeszenie gatunku było także rozwinięciem jego pojęcia, a nie oznaczało jedynie kopiowania jego założeń i osiągnięć.

W przypadku Marillion baza atutów u początku drogi była znacznie szersza. Otwartość artystycznych umysłów, twórcze podejście do progrockowej spuścizny oraz nietuzinkowa charyzma wokalisty i poety Fisha sprawiły, że grupa już wydanym w 1983 roku debiutanckim albumem „Script For A Jester’s Tear” dobitnie zamanifestowała, iż oto w latach 80. jednak znajdzie się miejsce dla rocka progresywnego. Powstał album fascynujący i zaskakująco świeży; album, którym grupa zupełnych debiutantów w bardzo pewny siebie sposób zdefiniowała już na tak wczesnym etapie własną estetykę, co istotne - ogromnie zresztą wpływową.

Co więc sprawia, że „Script For A Jester’s Tear”, wyraz odrodzenia progrocka, nie jest tylko solidną interpretacją o dekadę wcześniejszych propozycji? Okazuje się, że zespół, który przed wydaniem debiutanckiej płyty wypuszcza na singlu siedemnastominutową suitę miejscami do złudzenia przypominającą Genesis, a sceniczna pantomima i maskarada jego frontmana, wywołuje jednoznaczne skojarzenia z Peterem Gabrielem, może mimo wszystko tchnąć świeżość w rzekomo wymarłą odmianę rocka. Pełnowymiarowy, skrupulatnie dopracowywany debiut okazał się być materiałem wyjątkowo świeżym i oryginalnym. Symfoniczne konstrukcje, niekoniecznie interesowały nowe progrockowe „pokolenie” - Marillion zamiast klasycyzujących układów woleli przebrnąć przez segmenty swoich co obfitszych kompozycji na zasadzie bardziej swobodnej opowieści, a charakterystyczną pompatyczność wprowadzić tylko tam, gdzie zadziała najmocniej („Forgotten Sons”). Traktaty filozoficzne i baśniowe opowieści ustąpiły miejsca rockowemu buntowi, zaklętemu jednak w słowa poezji; słowa o miłości, narkotykach, wojnie, o czysto ludzkich trwogach i namiętnościach.

Wyjątkowa dojrzałość albumu wyraża się w metodzie muzyczno-literackiego przekazu, który potrafi być daleki od dosłowności i przejrzystości. Dotyczy to zarówno nienachalnego i niebezpośredniego eksponowania czysto muzycznych inspiracji, jak również przekazywania emocji dzięki współdziałaniu słowa i muzyki, wszak nawet wesoła lunaparkowa melodia może podkreślić rozpacz po utraconej miłości („Script For A Jester’s Tear”), a skoczna, niemal radosna przyśpiewka, niczym z dziecięcej gry - uwypuklić sarkazm tkwiący w cierpkim sprzeciwie wobec wojny (początek „Forgotten Sons”).

Głęboki, niebanalny przekaz nie stałby się tak wyjątkowy, gdyby nie środki, jakimi dysponował Marillion jako grupa muzyków. O sile zespołu w tym kontekście stanowiły zwłaszcza fantastyczny, teatralny wokal Fisha, potrafiący łkać, krzyczeć, perswadować, miejscami rezonujący natchnionymi szeptami, jak również uduchowione gitarowe sola Steve’a Rothery’ego, które z miejsca usytuowały go na parnasie progrockowych gitarzystów. Zbyt mocne atuty, by neoprogrockowa idea miała nie zadziałać.

„So here I am once more in the playground of the broken hearts”. Słowa, jakimi Fish rozpoczyna pierwszą płytę dla fana Marillion muszą być czymś więcej aniżeli wprowadzeniem do pieśni o utraconej miłości. Czyż nie brzmią jak jego osobiste wyznanie przy każdym kolejnym powrocie do tegoż cudnego albumu, powrocie do romantycznego świata, uczuciowego placu zabaw kreowanego przez Fisha i spółkę? 

MLWZ album na 15-lecie