Emerson Lake & Palmer - Emerson Lake & Palmer

Przemysław Stochmal,

ImageTrzech znakomitych muzyków bogatych w doświadczenia z różnych uznanych rockowych środowisk stanęło przed zadaniem stworzenia jako zespół materiału na debiutancką płytę. Zadanie to było o tyle trudne, że oczekiwania wobec efektu wspólnej pracy postaci rozpoznawalnych w krzepnącym prog-rockowym świecie były ogromne. Ostatecznie powstała płyta swoją atrakcyjnością czyniąca zadość owym wymaganiom. Płyta, która - chociaż nie jest najsłynniejszą pozycją w dorobku formacji Emerson Lake & Palmer – wydaje się być dziełem najbardziej spójnym i ze wszech miar udanym.

Entuzjazm, natchnienie i artystyczne porozumienie Keitha Emersona,  Grega Lake’a i Carla Palmera musiały być wielkie, skoro mimo trudności, jakie stały przed świeżo namaszczoną supergrupą, udało się stworzyć album od początku do końca wyborny i fascynujący. Świadomość wygórowanych oczekiwań publiczności oraz konieczność wzajemnego wyczucia i rozpoznania kompozytorskich możliwości i zwyczajów (jak choćby skrupulatne podejście do pisania tekstów Lake’a, nieznane Emersonowi z pracy z The Nice) wymagały czasu, jakiego w rzeczywistości fonograficznej początku lat 70. zawsze brakowało. Utworom, które ostatecznie znalazły się na pierwszej stronie płyty, udało się poświęcić należytą uwagę, nagrania przeznaczone na stronę B wymagały już przyspieszenia tempa. Podobna sytuacja, dostrzegalna na następnych albumach grupy (zwłaszcza na „Tarkus”) sprawiała, że poświęcenie szczególnej uwagi pewnej określonej części materiału skutkowało znacznie słabszą jakością jego reszty; w przypadku debiutu jednak o jakościowej dysproporcji nie ma mowy.

Wydaje się, że ów równy, wysoki poziom muzyki zawartej na „Emerson Lake & Palmer” musiał wynikać z czegoś, co wbrew doświadczeniu muzyków, można by nazwać niewinnością debiutu. Nie ma tu jeszcze pewnych elementów, które, obecne już na następnych krążkach, stanowiły efekt pewnego rodzaju wyrachowania muzyków, samoświadomości i dystansu do własnej twórczości jako zespołu. W równym stopniu brakuje tu późniejszej prog-rockowej pompatyczności, jak i muzycznego przymrużenia oka. Opieranie rocka o schematy zaczerpnięte z muzyki poważnej, charakterystyczne dla całej kariery zespołu, jest tu w sposób oczywisty obecne, wydaje się jednak nie mniej ważne, aniżeli skłonności do śmiałych wycieczek jazzowych, hard-rockowej agresywności czy łagodzenia obyczajów nastrojami folkowymi.

Ta wciąż jeszcze nieokiełznana i nieusystematyzowana fuzja wpływów i zainteresowań Emersona, Lake’a i Palmera sprawiła, że debiutancka płyta ELP jest trudna do jednoznacznego gatunkowego sklasyfikowania, a tym samym bardzo wyjątkowa – czy to na tle późniejszych płyt tria, czy w szerokim kontekście dzieł klasycznego okresu muzyki rockowej.  

MLWZ album na 15-lecie