Yes - Close To The Edge

Maciej Polakowski,

Image“Close to the Edge” zespołu Yes z 1972 roku to album uważany za absolutne arcydzieło rocka progresywnego. Ja, czytając przeróżne recenzje, mogę wysunąć tezę, że wyrażają one jedynie zdania skrajne w stosunku 5 do 1. Pięć to arcydzieło, jeden to dno i niezrozumiały przeceniony chłam.

Według mnie sedno sprawy tkwi w tym, że płyty trzeba starać się zrozumieć i dla mnie – jako muzyka klasycznego – nie ma innego wyjścia, niż przesłuchać je kilka razy w skupieniu i dopiero później, na podstawie własnej wiedzy i słuchu, wyrazić o nich opinie (na moją opinię składa się obiektywna ocena poziomu technicznego muzyków i subiektywne uczucia i spostrzeżenia).

Od razu dodam, że płyty oceniam z perspektywy słuchacza czasów dzisiejszych, gdy mam już porównanie z innymi albumami, a nie słuchacza z roku 1972, gdy taka muzyka dopiero się kształtowała.

Nie chcę zanudzać rysem historycznym, który powieli tylko inne recenzje, natomiast skupię się na samej muzyce.

Utwór tytułowy zajmuje całą pierwszą stronę winyla. Rozpoczyna się i kończy wymyśloną przez Wakemana „klamerką” w postaci elektronicznych treli ptaków (które parę razy powracają także w środku utworu, jest to bardzo korzystny zabieg). Powoli narasta ich intensywność i wybucha wstęp. Podobno jest to improwizacja jazzowa. W takim razie nie chciałbym mieć z tym gatunkiem nic wspólnego. Sprostuję po swojemu: nie jest to do końca improwizacja, ponieważ gitara Howe’a prezentuje najprawdopodobniej wcześniej wymyślone zagrywki, bas Squire’a czasami gra progresje, które wydają się uzasadnione; perkusja Bruforda natomiast jest raz dograna, raz niedograna, równa kontra nierówna... Wakeman kontynuuje zapewne motyw z „klamerki”, ale brzmi to jakby „plumkał” tylko po to, żeby wypełnić przestrzeń. Dodatkowo, co jakiś czas pojawiają się plamy chórków, a to w takim zgiełku nie jest łatwe do zaśpiewania. Wstęp brzmi jak totalna kakofonia, ponieważ poszczególne partie, pomimo tego, że nie są przypadkowe, nie pasują do siebie wzajemnie. Fragment ten usprawiedliwiałoby to, gdyby w późniejszej fazie utworu jakieś motywy ze wstępu powróciły w takiej samej czy zmienionej formie, niestety tak się nie dzieje. Jedynym plusem jest to, że po nim temat pierwszy jest dla słuchacza ukojeniem i może dlatego tak się podoba. Już po pierwszym przedstawieniu tematu mamy jego przetworzenie, które dąży do zawieszenia. Po nim mamy pierwszą zwrotkę, która opiera się na „ciupanych” akordach Howe’a, skaczącym riffie Squire’a i dość topornej partii wokalnej, opierającej się raptem na paru dźwiękach. Doprowadza nas to do refrenu, słynnego „Down to the edge/ Close by a river…”. Później jest króciutka solówka Howe’a i kolejny temat wokalny, już ambitniejszy, niestety z gitarą „ciupiącą” znowu akordy i jeszcze kojarzącą się z reggae. Po raz kolejny mamy refren z dodanym słynnym „I get up, I get down” zaśpiewanym na głosy. Powraca zwrotka, tym razem wprowadzająca do przekształconego delikatnie refrenu. Po nim jest kolejny raz wspomniany drugi temat wokalny i refren razem z „I get up, I get down” zakończony dobrym zawieszeniem i wprowadzający do części polifonicznej, w której głos pierwszy to gitara z basem grające równolegle nowy temat, a głos drugi to organy przywołujące motyw pierwszy z początku po wstępie. Po chwili następuje nieuzasadnione niczym głośniejsze „tąpnięcie” i rozpoczyna się najpiękniejsza część utworu, kontrastująca z innymi, bardzo spokojna i subtelna. Instrumenty swoją grą obrazują tło, gdzieniegdzie pojawiają się dysonanse, ale tutaj to nie razi. Słychać kapiącą wodę, zastosowany jest duży pogłos. Anderson w towarzystwie chórku złożonego ze Squire’a i Howe’a delikatnie śpiewa nową partię wokalną. Utwór zmierza powoli do swojego punktu kulminacyjnego, który jest razem z poprzedzającym go wprowadzeniem, jednym z najpiękniejszych momentów w całym rocku – mowa tutaj o przekształceniu „I get up, I get down” i wchodzących po nim potężnych organów kościelnych (podobno partię tę wymyślił Howe na gitarę, ale całe szczęście, iż zespół zdecydował, że będzie grana na organach). Nagle w momencie wszystko cichnie i Anderson znowu w delikatnym akompaniamencie organów cicho śpiewa „I get up, I get down” zakończone przez niego charakterystycznym falującym „aaaaaaa”. Następuje kolejne potężne wejście organów i syntezatora, doprowadza ono do końca kulminacji i do końca tej części utworu. Teraz wchodzi kolejne przekształcenie tematu pierwszego z początku po wstępie, niestety w towarzystwie takiego zgrzytu basu i tak ostro, że kompletnie wyrywa nas z zachwytu nad częścią poprzednią i męczy nasze uszy. Mija to przekształcenie i ni stąd ni z owąd dolepiona jest część następna, znany nam już motyw i mamy solo organowe Wakemana na tle ciekawej partii basu. Howe znowu „ciupie” akordy. Solówka jest dobra, bo nie nudzi i pokazuje technikę klawiszowca, a na takich akordach, jakie tu mamy, napisanie solówki nie jest łatwe. Bezpośrednio po niej występuje zwrotka ze wstawionym w środek nowym motywem, dla urozmaicenia. Znów zwrotka, zawieszenie i znany nam już drugi temat wokalny, delikatnie zmieniony, by wprowadzał do refrenu. Refren zakończony jest świetnym paralelizmem, który zwiększa napięcie przed ostatecznym finałowym „I get up, I get down” zaśpiewanym z mocą na głosy. Ostatnie powtórzenie cichnie, Anderson kończy swoim falującym „aaaaaaa” – innym - niż to poprzednie i znów wchodzą tryle ptaków, spinając utwór klamrą.

Utwór drugi – „And You And I” jest często krytykowany za zbytnie dłużyzny. Ja wyrzuciłbym z niego maksymalnie kilkadziesiąt sekund. Utwór rozpoczyna się flażoletami granymi przez Howe’a na gitarze akustycznej i cichuteńką plamką klawiszy. Wprowadza to spokojny klimat. Po tym następuje jeden z charakterystyczniejszych wstępów w całym gatunku, znowu tylko gitara akustyczna i plamki klawiszy. Po wstępie jest bardzo pogodna i radosna muzycznie zwrotka, przez cały czas grana w takim samym rytmie; jeden z instrumentów wydaje drażniące, nieco rzężące dźwięki. I następuje właśnie ten moment, który wyrzuciłbym z tego utworu – znowu jakieś reggae’owe rytmy i „gadające” chórki. Całe szczęście, nie trwa to długo, mamy odśpiewane przez Andersona i powtarzające za nim echo „And you and I…”, potem uderzenie dysonansowego akordu, charakterystyczną dla Yes kwartę w chórku i rozpoczyna się kolejna najlepsza część na płycie. Niezwykle podoba mi się to subtelne, narastające wejście mellotronu. Proszę zwrócić uwagę, jak niesamowitą przestrzeń potrafi zrobić ten instrument; pod tym względem nie dorównuje mu żaden syntezator. Charakteru tej części dodaje także elektryczna gitara hawajska Howe’a. Denerwuje natomiast tłukąca się perkusja i znów ten rzężący dźwięk. Wszystko kulminuje i wchodzi wokal Andersona. Genialny jest ten chór robiony przez Wakemana na klawiszach. Kulminacja zostaje zawieszona, cichnie i wchodzi znowu wstęp Howe’a, tym razem solo. Moim zdaniem, te ostatnie dwie i pół minuty to także jedne z najpiękniejszych w rocku. Kończy się wstęp, wchodzi granie akordowe Howe’a, pojawia się króciutka solówka Wakemana i zwrotka w zmienionym rytmie. Po niej następuje znowu to obrzydliwe reggae, które wyrzuciłbym bez odrobiny żalu. Znowu solo Wakemana na syntezatorze i przekształcenie znanego nam już momentu z zwrotki. Po wszystkim znowu słyszymy piękną mellotronową część. Na zakończenie powraca znana nam już pogodna melodia i po raz ostatni Anderson śpiewa „And you and I…”. Utwór kończy się na subdominancie, co według mnie nie pasuje w tym utworze.

Ostatni utwór – „Siberian Khatru” – jest przez wielu uważany za najlepszy na płycie, m. in. przez Billa Bruforda, który opowiadał, że jemu właśnie poświęcili najwięcej uwagi. Dodatkowo został on oparty na tematach z baletu Strawińskiego zatytułowanego „Ognisty Ptak”, w którym zasłuchiwał się w tamtym czasie Anderson. W utworze jednak nie ma dosłownych cytatów „zerżniętych” z oryginału, tylko są motywy połączone z własnymi pomysłami członków zespołu. Dla mnie to duży plus. Utwór zaczyna się agresywną zagrywką Howe’a na gitarze elektrycznej, do której dołącza się głośny bas. Później wybucha moja ulubiona, polifoniczna część, w której klawisze, bas i gitara grają różne partie (gitara sprytnie udziwniona rytmicznie). Po tym wchodzi rockowy chwytliwy riff grany przez gitarę i klawisze, równocześnie zaśpiewana jest zwrotka – na głosy, później, także na głosy, następuje wprowadzenie do łącznika między zwrotkami, w którym występuje znany nam już motyw gitary z części polifonicznej w towarzyszeniu skaczącego basu. W drugiej zwrotce uaktywnia się Anderson ze swoim tamburynem. Kończy się zwrotka, jest łącznik i jego przetworzenie, potem część następna pachnąca klasyką, w której bryluje Wakeman. Później jest solówka Howe’a prowadząca do zagrywki z początku. Następna część jest doklejona i także bardzo pachnie klasyką, słychać też motyw basu, który był już wcześniej w łączniku. Znowu zwrotka z delikatnie zmienioną partią gitary, potem przetworzenie końcówki zwrotki, które zdaje się zmierzać do kulminacji. Wchodzi znowu część polifoniczna. W zasadzie, to utwór mógłby się już skończyć, ale jest on jeszcze, według mnie, na siłę przedłużany. Wchodzi motyw gitary z części polifonicznej i chórek w charakterystycznym, znanym nam już chociażby z Roundabout „da, da, du-da, du-da…” – to najsłabsza część utworu.  Znowu pojawia się część polifoniczna, tym razem z popisującą się gitarą basową, później popisuje się Howe i gra solówkę, ale podoba mi się w niej tylko kilka sekund. Ciągnie się to do całkowitego wyciszenia.

Tak wygląda najsłynniejsza płyta Yes w mojej analizie.

„Close to the Edge” był pierwszym albumem z etykietą rocka progresywnego, jaki sobie włączyłem. Miałem to szczęście, że mój ojciec trzymał ją gdzieś głęboko na półce i ją tam znalazłem. Nigdy mi o niej nie mówił, stąd moje pojmowanie tego gatunku było niezaburzone przez jakiekolwiek opinie. Włączyłem muzykę i po dwóch i pół minuty wyłączyłem zszokowany. Zniechęcił mnie ten pseudo jazzowy wstęp. Zostawiłem tę płytę i słuchałem innych Yes i innych zespołów z tego gatunku. W życiu jednak tak bywa, że to, co dziwne i brzydkie czasami intryguje. Zatem przesłuchałem tę płytę kilka razy. Uznałem, że oprócz paru momentów, jest okropna. Teraz, po jakimś czasie spróbowałem znowu, ale tym razem w najwyższym skupieniu, starając się wychwycić wszystkie pomysły i tematy. Mój odbiór był zupełnie inny. Teraz jestem pewien swojej oceny i dlatego piszę dla Państwa tę analizę, być może pomoże ona w pewniejszym odbiorze płyty.

Podsumujmy te trzy utwory i postawę poszczególnych muzyków:

„Close to the Edge”- okropne zwrotki, dobre solówki i części łącznikowe, świetna część środkowa.

„And You And I” – proste, dosyć dobre zwrotki, okropne niektóre łączniki i przetworzenia, bardzo dobry wstęp i świetne części z mellotronem.

„Siberian Khatru” – rzeczywiście dość przemyślane, pomysłowe wstawki z klasyki, niestety są też momenty za długie i zbyt agresywne przez co drażniące.

Jon Anderson – na tej płycie podoba mi się bardziej niż na innych, bo śpiewa delikatniej przez co nie denerwująco; Steve Howe – jego postawa na albumie jest dobra, jednak nie gra tak „gadatliwie” jak na innych płytach, szkoda; Chris Squire – pół na pół, raz gra świetnie, a raz gra dźwięki, które zupełnie nie pasują i psują, dobrze dośpiewuje chórki; Rick Wakeman – mam mieszane uczucia, ale raczej na plus, pokazuje swoją technikę w niektórych partiach organów, natomiast jego gra na mellotronie jest dla mnie wzorowa; Bill Bruford – w przeciwieństwie do opinii większości, twierdzę, że nie jest to wybitny perkusista, jest to dobry perkusista i tyle. Może to i dobrze, bo gra prawie tylko tyle, ile trzeba i nie popisuje się jak chociażby Portnoy, który swoją grą zazwyczaj przytłacza resztę zespołu.

Jeszcze ciekawostka z sesji nagraniowych, którą zdradził Bill Bruford. Wyrażał on ubolewanie nad systemem pracy w zespole, który zakładał, że najpierw każdy miał przedstawić swój pomysł na dany fragment utworu, a potem w drodze głosowania miał zostać wybrany najlepszy z wszystkich. No cóż, może po prostu Bruford nie nadawał się do tego gatunku muzyki i powinien wrócić do jazzu, a nie uprawiać – jak to nazywał – „muzyki dla panienek”? Pewnym jest natomiast, że dzięki właśnie takim płytom jak „Fragile” czy „Close to the Edge” jego nazwisko zyskało rozgłos, więc wyszło mu to na dobre. Dla mnie, wspólne wybieranie najlepszych rozwiązań to świetny pomysł, bo pozwala tworzyć muzykę w sposób naprawdę zespołowy. Nie wiem tylko, jaką wagę miał głos Andersona, który lubił sobie czasem poszefować.

Podsumowując moje rozważania: „Close to the Edge” to na pewno ważna pozycja w gatunku rocka progresywno-symfonicznego, ale nie jest to arcydzieło. Arcydzieło jest wtedy, gdy nie ma się do czego przyczepić, tutaj niestety jest wiele źle zagranych i słabszych momentów. Nie zapominam oczywiście o tych dobrych, a czasami i wybitnych, które znalazłem. W połączeniu z dość dobrą techniką muzyków, czerpaniem z klasyki, przekształcaniem motywów, które u Yes występują częściej niż u innych słynnych zespołów tego nurtu i innymi stricte technicznymi udziwnieniami, moja końcowa ocena to 7/10.

MLWZ album na 15-lecie