Emerson Lake & Palmer - Tarkus

Maciej Polakowski,

ImagePo udanym debiucie, zespołowi Emerson, Lake & Palmer nie pozostało nic innego, jak z uśmiechem na ustach zabrać się do komponowania materiału na kolejny krążek. Keith Emerson od zawsze miał zaciągi do muzyki klasycznej, stąd chciał napisać długi i złożony utwór, dodatkowo pokomplikowany technicznie czerpanymi z klasyki rozwiązaniami. Miał on do tego umiejętności, stąd po jakimś czasie udało się ukończyć kompozycję zatytułowaną „Tarkus”. Greg Lake z początku nie czuł pomysłu tworzenia tak długiego utworu. Ostatecznie jednak dał się do niego przekonać. Pozostało jeszcze drugie tyle miejsca na drugiej stronie winyla. Panowie postanowili wypełnić ją sześcioma krótkimi utworkami. Jaki finalnie efekt z tego wyszedł? Na to pytanie spróbujemy odpowiedzieć sobie po szczegółowej analizie poszczególnych pozycji na krążku.

Na początek rozciągnięty na całą pierwszą stronę winyla utwór tytułowy – „Tarkus”.

Tekst opowiada o wpływie wojny na przemysł, na religię i o wciąż słyszalnej dzisiaj skardze na panujący w niektórych krajach głód. Czyni to „Tarkusa” protestem przeciw ludzkiemu zachowaniu, za którym idą tak poważne i przykre skutki.

Utwór rozpoczyna się coraz to głośniejszymi i liczniejszymi dźwiękami syntezatora nakładanymi na siebie. Nieco po ponad trzydziestu sekundach wybucha „Eruption” i motyw główny, w metrum pięć czwartych, grany równolegle przez lewą rękę Emersona i bas, oczywiście słyszymy do tego perkusję. Po czterech taktach klawiszowiec dołącza się prawą ręką na inny manuał swoich organów Hammonda. Wstęp jest połączeniem dobrych i niełatwych motywów, które w logiczny sposób z siebie wynikają. Występuje tutaj wiele progresji, wychyleń do różnych tonacji, zmian rytmów i nawet polimetria sukcesywna. Jest to fragment tak progresywny, że aż miło! Płynnie wynika z tego wstępu część następna – „Stones Of Years”, skontrastowana do poprzedniej, w której Lake śpiewa dobrą melodię, bardzo kojarzącą się z King Crimson (gdyby zamiast organów Hammonda był mellotron, to moglibyśmy się pomylić). Świadczy to o tym, że Lake był główną siłą, jeśli chodzi o wczesne ballady tamtego zespołu. Ciekawe, że po jego odejściu, dopiero na „Red” panowie Fripp, Wetton i Bruford wymyślili coś podobnego. Wróćmy do EL&P. Między pierwszą a drugą zwrotką jest króciutka solówka klawiszowca. Między drugą a trzecią, po podejściu chórku w górę mamy już dłuższą improwizację Emersona. Między trzecią a czwartą znowu występuje króciutka wstawka na organach Hammonda. Gdy Lake kończy śpiewać mamy wyciszenie i kolejny wybuch tematu głównego, tym razem zagranego inaczej. Szybciej i ostrzej, z dodanymi przez Emersona dysonansami w prawej ręce. Później mamy krótką i ciekawą część zatytułowaną „Iconoclast”, opartą na wielu progresjach, wprowadzającą nas do kolejnego fragmentu, niestety doklejonego, pomimo dobrego wprowadzenia - „Mass”. Lake śpiewa; powtarza tę samą melodię dwa razy, później mamy krótką solówkę na syntezatorze. Po niej dalej popisuje się Emerson, pojawia się ostrą gitara elektryczna i „zjazdy” syntezatora. Wraca melodia Lake’a. Po niej wybucha temat wynikający z głównego, grany z dużą energią i przerywany króciutkimi, delikatniejszymi, folkującymi wstawkami, które świetnie kontrastują z tym szaleństwem („Manticore”). Okazuje się, że następnym tematem, który będzie przetwarzany jest właśnie ta folkowa wstawka. Znowu mamy progresje. Wraca temat wynikający z głównego z dodaną inną melodią w prawej ręce. Słyszymy kolejną porcję dobrych progresji, zwiększających napięcie, po nich następuje uspokojenie i szerokie plamy organów Hammonda, na momencik wchodzi gitara elektryczna i temat wokalny Lake’a („Battelfield”). Między pierwszym, a drugim powtórzeniem wokalnej melodii pojawia się kolejny temat - nazwę go końcowym - który później będzie przetwarzany. Po drugiej zwrotce i krótkim przetworzeniu wspomnianego tematu, solówkę na gitarze elektrycznej gra Greg Lake. Znów mamy wspomniany końcowy temat z dodanym Moogiem i kolejną odsłoną solówki gitarowej (mnie kojarzy się ona ze stylem gry Davida Gilmoura). Trzeci raz śpiewa wokalista, w akompaniamencie słychać fortepian. Wszystko cichnie. Gdzieś tam z oddali słychać organy Hammonda, które delikatnie i spokojnie grają po raz kolejny temat końcowy. Rozpoczyna się część ostatnia – „Aquatarkus”, oparta na przetwarzaniu tematu końcowego przez syntezator Mooga w towarzystwie akompaniamentu pozostałych instrumentów. Po delikatnym wyciszeniu, słyszymy uderzenie w gong i gwałtownie powraca skrócona część „Eruption”, która spina utwór świetną klamrą. Wszystko kończy się dysonansowym akordem Emersona i następnie rozwiązaniem go na już niedysonansujący. Na jego tle mamy podejście Mooga, którego ostatni dźwięk okrutnie nie stroi. Koniec.

„Tarkus” to kompozycja trudna w odbiorze, zwłaszcza przy pierwszych z nią zetknięciach, ponieważ Keith Emerson gustuje w dysonansowej harmonii. Natomiast, po wielu przesłuchaniach, gdy wychwyci się techniczne zabiegi kompozytorskie, wielość kontrastów i nieco przyzwyczai się do brzmienia, utwór staje się jednym z najlepszych i najklasyczniejszych w  gatunku rocka progresywnego.

Przyszedł czas na drugą stronę winyla:

„Jeremy Bender” – jest to krótki utworek, oparty na prostym akompaniamencie pianina i takiej samej partii basu, perkusji i wokalu. W połowie kawałka pojawiają się klaśnięcia w dłonie, które jeszcze bardziej potęgują knajpiarski charakter tego nagrania.

„Bitches Crystal” – oparte na riffie basu i uderzeniach akordów lewej ręki na klawiszach. Lake śpiewa trochę wykrzyczaną zwrotkę. Po niej mamy krótką solówkę Emersona, wprowadza nas ona do wywrzeszczanego przez wokalistę fragmentu, po nim znowu popisuje się klawiszowiec. Pojawiają się króciutkie skontrastowane, delikatne klawiszowe momenty. Znowu wrzeszczy Lake. Wraca zwrotka. Utwór jest ciężki.  Trudno się do tego przekonać, ale nie wypada całkiem źle.

„The Only Way (Hymn)” – początek to pachnąca klasyką (J.S. Bach) partia organów kościelnych, po niej, w pedałach mamy przedstawienie fragmentu głównej melodii, dołączają do niej manuały i pojawia się polifonia. Lake śpiewa bardzo ładną zwrotkę. Po krótkiej solówce organów, pojawia się wstawka ala debiut „Renaissance”. Po niej znowu wokalista powtarza zwrotkę. Dwa razy. W akompaniamencie tym razem słyszymy fortepian, bas i perkusję.

„Infinite Space (Conclusion)” – to płynnie wynikający z poprzedniego kawałek, oparty na riffie lewej ręki (fortepian) granym równolegle z basem i improwizacji Emersona w ręce prawej (także na fortepianie). Całości słucha się przyjemnie, bo nie jest to za ostre. Zarówno ten, jak i poprzedni kawałek to dwa najlepsze na drugiej stronie winyla.

„A Time And A Place” – można by to podsumować jako hard rock bez gitary elektrycznej. Znowu w pewnym momencie pojawia się energetyczny głos Lake’a. Mamy zgrabną solówkę na organach Hammonda. Utwór jest prostej budowy. Dobrze, że przynajmniej w środku pojawia się część dodatkowa.

“Are You Ready Eddy?”  - najbardziej knajpiarski kawałek, rock & roll, z żartobliwymi chórkami i miejscami dysonansującymi solówkami Emersona.

Podsumujmy:

Pierwsza strona winyla jest świetna. Druga niestety nie. Druga brzmi jakby była nagrana po to, żeby zapełnić album. Niepotrzebnie. Wystarczyło przecież zostawić na płycie tylko „The Only Way (Hymn)” połączone z „Infinite Space (Conclusion)”, pomyśleć nad jakimś dobrym trzecim kawałkiem i byłby album co prawda krótki, ale na miarę konkurowania chociażby z „Close to the Edge” grupy Yes. Kto wie, może by nawet wygrał. Tymczasem niestety mamy jeszcze cztery słabe utwory, w tym dwa, które nie powinny były się znaleźć na takim albumie  – „knajpiarskie”, za proste.

Postawa muzyków na płycie jest następująca: Keith Emerson – bardzo dobra, pokazuje nieprzeciętne zdolności kompozytorskie, swoją wirtuozerię m. in. w solówkach i improwizacjach, oraz zgłasza swoją kandydaturę do miana jednej z najlepszych lewych rąk w klasycznym rocku progresywnym; Greg Lake – dobra gra na basie, dobry śpiew, dobre melodie wokalne w „Stones Of Years”, „Batterfield” i „The Only Way (Hymn)”; Carl Palmer – dość dobrze akcentuje, jego niektóre zagrywki są trudne, ale też czasami gra topornie.

W stosunku do debiutu, trio zrobiło duży krok naprzód i nic dziwnego, że płyta bardzo się spodobała szerokiemu gronu fanów.

Na albumie „Tarkus” nie znajdziemy najpiękniejszych momentów w rocku czy porywającego klimatu, natomiast możemy zauważyć wiele bardzo dobrych technicznie rozwiązań kompozytorskich (oczywiście myślę tu głównie o utworze tytułowym), momentami nawet wirtuozerię wykonawczą (rozpatrywaną w kategoriach rocka). Nie jest to album równy, ma lepsze i gorsze momenty, stąd przy ostatecznej ocenie muszę wziąć pod uwagę także ten aspekt. Mogło być lepiej, choć i tak jest naprawdę dobrze .

MLWZ album na 15-lecie