Final Conflict - Stand Up

Maciej Stwora,

ImageStand Up. Pięć lat po ukazaniu się płyty „Quest” grupa Final Conflict w 1997 roku wkroczyła ponownie na rynek muzyczny, proponując miłośnikom rocka progresywnego album „Stand Up”. Od razu dodajmy, że jest to dzieło znakomite, kto wie czy nie lepsze od poprzedniego wydawnictwa Brytyjczyków, choć na pewno nie zdobyło aż takiej popularności jak płyta „Quest”. Styl muzyczny Final Conflict wydaje się tu być jeszcze bardziej wykrystalizowany, a kompozycje niezwykle dopracowane, pełne pięknych melodii.

Tracklista przedstawia się następująco:

Stand Up. Płyta rozpoczyna się bardzo przebojowo od tytułowej kompozycji. Na plan pierwszy wysuwa się tu głos wokalisty, który z niezwykłym przekonaniem śpiewa refren tego utworu, powodując, że już po pierwszym odsłuchu zapada on nam w pamięć. Należy wspomnieć także o krótkiej, ale jakże urodziwej solówce na samym końcu Stand Up.

Signature In The Sand. Drugi utwór również należy do kategorii piosenek dynamicznych. Pewną niespodzianką jest udział Kristi Bonfield w roli gościnnej wokalistki, która dodaje tej kompozycji delikatnych, kobiecych pierwiastków.

Whiteline Highway. Tutaj tak naprawdę rozpoczyna się magia tej płyty. Rewelacyjne tło gitarowe powoduje, że w utworze tym wytwarza się niezwykła atmosfera. Należy wspomnieć również o świetnej pracy sekcji rytmicznej, która spaja gitarowo-klawiszowe melodie z głosem wokalisty. Podobnie jak w przypadku Stand Up, tak i w Whiteline Highway mamy do czynienia z zapadającym w pamięć refrenem.

Wasteland. Czwarty utwór przypomina mi osobiście kompozycję A Look at Life z płyty „Quest”, głównie ze względu na refren utrzymany w klimacie piosenek zespołu Asia. Tak więc jest to dość radosny i przebojowy moment tego albumu. Tradycyjnie już, wspaniałą pracę wykonuje tu gitarzysta, zachwycając nas swoimi solówkami.

11. Pod tym króciutkim tytułem kryje się równie krótki przerywnik, dając słuchaczom chwilę wytchnienia przed kolejnymi, rozbudowanymi kompozycjami.

T230. Jedna z moich ulubionych kompozycji na płycie „Stand Up”. Stanowi pokaz nieprzeciętnych umiejętności instrumentalnych wszystkich członków zespołu Final Conflict, gdyż jest to w przeważającej części utwór pozbawiony wokali. Damsko-męskie głosy pojawiają się dopiero w okolicy piątej minuty, tworząc jednocześnie piękny, uspokajający nastrój, w którym pozostajemy już do samego końca T230.

Days Gone By. Kolejna, bardzo bogata pod względem aranżacji kompozycja. Klimat zmienia się kilkukrotnie, za każdym razem wzbudzając zainteresowanie słuchacza. Można powiedzieć, że to bardzo solidny utwór, ukazujący wszelkie atuty Final Conflict. Days Gone By kończy się ciekawą, transową partią klawiszy.

Miss D Meanour. Utwór ten powinien przypaść do gustu wszystkim zwolennikom „piosenkowych” kompozycji Marillionu. Gitarzysta bardzo zbliża się do stylu jaki prezentuje Steve Rothery, ze wspomnianego wyżej zespołu Marillion. Także partia wokalna ma w tym utworze bardzo delikatny i subtelny wyraz.

Omen. Cudowna miniaturka zapowiadająca wielki finał tego albumu.

Stop. Moim zdaniem, dla tej właśnie kompozycji warto posłuchać całej płyty „Stand Up”. 15 minut progresywnej uczty najwyższych lotów. Mnogość nastrojów i zmian tempa przyprawia o szybsze bicie serca, nie pozwalając na choćby chwilę nudy przez cały czas trwania tego dzieła. W utworze tym jak w żadnym innym, możemy się przekonać jak świetnymi muzykami są twórcy zespołu Final Conflict. Jesteśmy zasypywani kolejnymi zwrotami akcji, gitarzysta „maluje” piękne solówki, klawisze tworzą niezwykły klimat, czasami wysuwając się na pierwszy plan, natomiast sekcja rytmiczna wspaniale czuwa nad całością, co chwilę zaskakując nas inną rytmiką. No i jeszcze ten wspaniały finał – niezwykle podniosły i powoli wyciszany wraz ze słowami „stop, stop, stop...”. Jednym słowem – magia.

Final Conflict na płycie „Stand Up” jawi się jako zespół niezwykle dojrzały, który wie czego chce, a przede wszystkim mający do tego środki, umiejętności i talent. Jest to prawdziwa perełka dla wszystkich fanów rocka neoprogresywnego, którzy nie powinni przegapić tego albumu, jeśli do tej pory nie mieli z nim do czynienia. Mimo tego, że ma on już ponad 10 lat, nie zestarzał się ani odrobinę, tylko ciągle lśni dużym blaskiem. Polecam.

Stop.

MLWZ album na 15-lecie
On Air