Collins, Phil - Both Sides

Przemysław Stochmal,

ImagePocząwszy od solowego debiutu zatytułowanego Face Value, z megahitem In the Air Tonight, po wydaną w 1989 roku ...But Seriously, z niemniej popularnym Another Day in Paradise, Phil Collins przyzwyczaił słuchaczy do longplayów będących przebojowymi rogami obfitości. Płyta Both Sides, w zamyśle autora mająca mieć wyjątkowo osobisty charakter, poza dwoma utworami (Both Sides of the Story i Everyday) pozbawiona jest wielkich hitów. Zapewne z tego właśnie powodu przez większość fanów piosenkarza i perkusisty, album nie został najlepiej przyjęty. Jak się jednak okazuje, skazanie Both Sides na banicję, to wyrok wyjątkowo niesprawiedliwy. To bowiem najbardziej dojrzała płyta w całej dyskografii artysty.

Podstawową cechą wyróżniającą Both Sides spośród wszystkich solowych dokonań Collinsa jest fakt, iż materiał zgromadzony na płycie został w całości zagrany przez jedną osobę. Jeśli nikogo nie dziwi pełnienie przez Collinsa funkcji wokalisty, perkusisty oraz klawiszowca (niejednokrotnie w częściach solowych występów artysta zastępował perkusję fortepianem), to chwycenie za gitarę w przypadku tego artysty uznać należy za zabieg niecodzienny. Brzmienie tego instrumentu jednak w większości przypadków posłużyło Collinsowi do tworzenia dźwiękowego tła, w momentach, gdy gitara jednak prowadzi, słyszalny jest brak wprawy (We Fly So Close). Poza nieobecnością stałego współpracownika Collinsa, gitarzysty Daryla Stuermera, zwraca uwagę brak do tej pory nieodzownego w solowej muzyce frontmana Genesis brzmienia instrumentów dętych. Postawiony przez Collinsa cel, jakim było nagranie płyty w pojedynkę, pewne rzeczy jednak uniemożliwiał.

Pomysł na samodzielne stworzenie płyty wiązał się z chęcią Collinsa nadania materiałowi jak najbardziej osobistego charakteru. Poza szybszymi Both Sides of the Story, Survivors i We Wait and We Wonder, które dość bliskie są kompozycjom z …But Seriously, piosenki zawarte na Both Sides to utwory łagodne, w których słychać, iż artysta wiele serca poświęcił na ich stworzenie i że ich przeznaczeniem wcale nie miały być szczyty list przebojów.  Kompozycje w swojej urodzie prześcigają jedna drugą. Mamy tu oparty na znakomitym pomyśle wykorzystania banjo We’re Sons of Our Fathers, w którym artysta śpiewa o konflikcie pokoleń, mamy jazzujący There’s a Place for Us, czy przepiękną miłosną kołysankę Please Come Out Tonight, zupełnie różną od całych kroci miłosnych przebojów wylansowanych przez Collinsa. Mamy wreszcie kulminacyjny utwór albumu, We Fly So Close, który, choć otwarty wspomnianą, dość nieporadną partią gitary, rozwija się w przepiękną, wzruszającą balladę, w której Collins, niemal jak w sławetnym In The Air Tonight, w mistrzowski sposób stopniuje napięcie.  

Phil Collins, jako artysta niezrównany w szczelnym wypełnianiu swoich longplayów przebojami, dzięki Both Sides udowodnił, że potrafi, niejako z dala od zgiełku show biznesu, zamknięty we własnym domowym studiu, stworzyć muzykę bardziej wymagającą, a zarazem wzruszającą, intymną. Szkoda, że tak niedoceniany jest to album. Mimo swojej klasy niestety nie zmienił podejścia do nagrywającego solo Collinsa jako do „Pana od przebojów” i następne albumy zacierają pozytywne wrażenie, jakie Both Sides po sobie pozostawia.

MLWZ album na 15-lecie