Hackett, Steve - Out Of The Tunnel's Mouth

Artur Chachlowski,

ImageZe względów proceduralno-prawnych premiera nowej płyty Steve’a Hacketta opóźniła się o kilka tygodni. Krążek „Out Of The Tunnel’s Mouth”, choć zapowiadany na początek października, ukazał się dopiero przed kilkoma dniami nakładem nowej firmy wydawniczej Wolfwork, co każe domniemywać o niechybnym końcu wytwórni Camino Records, pod szyldem której od kilkunastu lat ukazywały się wszystkie kolejne dzieła tego artysty.

Nowy album Hacketta trwa trzy kwadranse i składa się z ośmiu utworów. Swój tytuł wziął on ze starego i – jak sam Steve pisze w książeczce – często powracającego snu, w którym pojawia się obraz parowozu pędzącego przez salon jego domu. Ta plastyczna kolejowa wizja zainspirowała Steve’a Hacketta do napisania tekstu utworu „Last Train To Istanbul”, który zamyka ten krążek, a także Jo Lehmanna, który zamieścił w książeczce kilka zainspirowanych snem Hacketta fotografii.

Na płycie „Out Of The Tunnel’s Mouth” Steve, jak zwykle, przedstawia nam całą paletę przeróżnych nastrojów. Tak z reguły jest na każdej kolejnej płycie tego artysty. Pod tym względem album w ogóle nie zaskakuje. Nie znaczy to wcale, że nie intryguje. Intryguje i to bardzo. Przyjrzyjmy się zatem po kolei poszczególnym utworom na płycie.

Piosenka otwierająca zestaw, „Fire On The Moon”, zachwyca ładnymi melodiami. Zapadające w pamięć delikatne canto przeciwstawione jest mocnej melodii refrenu, a właściwie melodii pojawiającej się w miejsce refrenu, w której to zamiast śpiewu mamy autentyczny popis gry instrumentalnej w wykonaniu zespołu towarzyszącego Steve’owi. Wyróżnia się tu szczególnie ostra, soczysta partia pulsującego basu w wykonaniu Chrisa Squire’a (Yes).

Squire gra też w kolejnym utworze, „Nomads”. Jest to zainspirowane flamenco i cygańskimi tańcami nagranie, którego klimat przypomina rozgrzane słońcem pejzaże Andaluzji. Brzmi to świetnie, a Hackett daje prawdziwy popis gry na hiszpańskiej gitarze. Tylko on potrafi tak grać.

„Emerald And Ash” to jedno z najciekawszych (i najdłuższe, bo trwa aż dziewięć minut) nagrań na tym krążku. Zaczyna się od delikatnej, jakby zawieszonej we mgle romantycznej melodii z pięknymi partiami 12-strunowych gitar (to kolejny znany gość: Anthony Phillips). W ten marzycielski, nieomal sielankowy nastrój wkracza jednak w szóstej minucie mrok, ciemność i bezkompromisowa jammująca partia gitary. Ten kontrast burzy nieco ciągłość tego utworu, ale dzięki niemu utwór „Emerald And Ash” staje się czymś więcej niż zwykłą słodką piosenką.

Następujący chwilę potem „Tubehead” to pierwszy z dwóch instrumentali na płycie. Jest to bezpardonowa jazda z mocną wyeksponowaną gitarą, której wydźwięk przypomina mi trochę pamiętną „Omegę Metallicus”, a nawet – proszę mi wierzyć – słynne genesisowskie „Los Endos”.

Następny utwór na tym krążku, „Sleepers”, to kolejny wyróżniający się fragment płyty. Akustyczne, pełne zadumy, marzycielskie intro, romantycznie brzmiące nylonowe struny gitary, po których to dźwiękach mamy totalną transformację w elektryczne brzmienia, nieomal filmową sekwencję w środku tej kompozycji, a potem powrót do pełnego refleksji tematu… To wszystko utrzymane jest w bardzo przyjemnej, pełnej brzmieniowych kontrastów, aranżacji. Warto podkreślić ciekawe harmonie wokalne, które wspólnie z Hackettem tworzy tu Amanda Lehmann. Przy pierwszym, może drugim przesłuchaniu wydaje się, że to trochę nieuporządkowany utwór, ale jestem pewien, że szybko stanie się on znakiem rozpoznawalnym całej płyty.

„Ghost In The Glass” to króciutka, niespełna trzyminutowa instrumentalna miniaturka, dość słodka i liryczna w porównaniu z większością materiału wypełniającego całą płytę. W melodii osadzonej w miękkiej osnowie basu (niezrównany Nick Beggs) Hackett daje wspaniały popis wirtuozerskiej gry na akustycznych i elektrycznych gitarach.

Zaraz po tym utworze mamy utrzymaną w bluesowym nastroju piosenkę „Still Waters”. To mroczny blues z nowoorleańskimi naleciałościami, z wyeksponowanymi i znów jakby przeciwstawionymi sobie kobieco- (Lauren King, Amanda Lehmann) –męskimi (Hackett) partiami wokalnymi. Kto lubi mrocznego Hacketta, który gra „blues with a feeling”, ten będzie zachwycony.

No i wreszcie na końcu płyty mamy totalnie etniczny, utrzymany w bliskowschodnim nastroju i wyraźnie zainspirowany muzyką turecką utwór „Last Train To Istanbul”. Co my tu mamy? Liczne orkiestracje, saksofony (Rob Townsend), flety (John Hackett), wiolonczele (Christine Townsend) i królującą nad tym wszystkim gitarę Hacketta. I jego oniryczny głos śpiewający o pewnym drążącym podświadomość śnie…

„Out Of The Tunnel’s Mouth” to bardzo nastrojowy album. Utrzymany w atmosferze sennego marzenia, przepełniony paletą nastrojów i popisowych partii gitar. Hackett daje na tym krążku prawdziwy popis różnorodnych form techniki gry na tym instrumencie. Ponadto jego głos prezentuje się tu naprawdę znakomicie i chyba jeszcze nigdy nie był aż tak bardzo wyeksponowany na żadnej płycie tego artysty. Jednym zdaniem, w przypadku płyty „Out Of The Tunnel’s Mouth” mamy do czynienia z prawdziwie „klasycznym” albumem Steve’a Hacketta. Czy najlepszym w jego dorobku? Śmiem twierdzić, że nie, ale i tak trudno zaprzeczyć stwierdzeniu, że krążek ten, a właściwie jego pierwsza połowa, pozostawia po sobie bardzo dobre wrażenie.

P.S. Steve nagrał tę płytę przy współudziale licznych muzyków. O większości z nich wspomniałem w powyższym tekście, lecz warto jeszcze wymienić najważniejsze nazwisko: Roger King. Ten wieloletni współpracownik Hacketta wymieniony jest jako współkompozytor większości materiału, ale przede wszystkim odpowiedzialny jest za wszystkie partie grane na instrumentach klawiszowych. Ponadto zajął się też programmingiem, co jest o tyle ważne, że niniejszy krążek – pomimo kilku naprawdę soczyście brzmiących przejść i momentów – został nagrany bez udziału „żywego” perkusisty.

MLWZ album na 15-lecie